I took a brain in another dimension

Bawiłem się lodem i puszczałem bańki.
Nie pytaj mnie jak jest bo Ci nie odpowiem. Zacząłem studiowanie, mam teraz indeksy na rękach patrzę sobie na plan zajęć, ależ jest lajt to coś zupełnie innego. Oczywiście, zapierdalanie zacznie się, już wiem z jakich egzaminów lekko nie będzie. Ale who cares, gdyby tak nie było to jaki sens byłby wszystkiego, impreza codziennie, ale poco?
Dobrze jest ok, wstaję codziennie około 9-10 w pustym mieszkaniu patrzę na nie swoje ściany, wchłaniam nie swój zapach, myję zęby niedobrą wodą a potem patrzę w okno z papierosem z myślą „czekałeś na to i masz korzystaj”.
Za bardzo się przejmuję. A chciałbym chciałbym…
Inaczej myślałem o tym wieczorze.
Everybody in the place (155 and rising)

To była 10 z rańca albo jakoś coś tak w deseń. Papieroski mi się kończyły ale jakoś nie chciało się podnieść dupy kiedy słonko piekło w plecy.
Dobra huj, jakieś bzdurne panny zakosiły mi mieszkanko gdzie chciałem przemieszkać mój pierwszy rok studiów. I weź nie bądź wkurwiony ile czasu zmarnowanego. Kupie sobie namiot i będę koczował pod uniwerkiem.
Ujmijmy to tak. Wszystko mnie w CK wpierdalało ostatnimi czasy i musiałem sobie coś ze sobą zrobić. Jeden wieczór poprawił mi humor co z tego, że film był hujowy, że Lublina nie rozkminiam a drogi są pojebane, że pies zgwałcił mi nogę. Nawijaj do mnie, dobrze się z tym czuję.
Październik. Lublin. Tabula rasa.