„Ludzi trzeba brać takimi, jacy są, a nie takimi, jacy być powinni” (Franz Schubert)

Latest

Folder hip-hop

Miałem ostatnio okazję spędzić noc w towarzystwie folderu nazwanego po prostu „hip-hop”. Była to magiczna przygoda. Przez lata słucha się tyle muzyki, z każdym miesiącem coś nowego. Kiedyś nie wyobrażałem sobie dnia bez KoRna w słuchawkach a teraz nie pamiętam kiedy ostatni raz go słyszałem. Razem z muzyką odchodzą wspomnienia, gdzieś tam są zakopane w szufladzie pod grubą warstwą wspomnień nowszych i bieżących spraw, nowych kawałków. I nagle błysk. Słyszę utwory, z którymi mam tyle wspomnień, których nie słyszałem może nawet i po 7 lat lub więcej, no kurwa, i obrazki przed oczami czasów kiedy było się dzieciakiem. Same dobre. Podwórko, osiedle. I mimo, że wtedy słuchałem innej muzyki, to te kawałki przyniosły mi najwięcej wspomnień, nie wiem czemu tak ale zostały gdzieś głęboko. To prezentuję, żeby nie było:


DKA – Jak by to było


O.S.T.R. – Ile jestem w stanie dać


Fenomen – Sensacje


WWO – Jeszcze będzie czas


Tede – Wyścig szczurów


Tede – Drin za drinem


Kaliber 44 – Film


Dj. 600V – Projekt jest w drodze

Zima i sesja.

Nienawidzę momentów jak teraz. Zimy i sesji. W sumie sesji. Tej w zimie, bo samą zimę jako taką bardzo lubię. Ale tych momentów nie znoszę, kiedy szybko za oknem robi się ciemno, wieje wiatr a ja mam się uczyć.

Dzisiaj nie idzie mi kompletnie. Jutro to niby zwykłe zaliczenie, takie tam ot nawet nie egzamin. Ostatnia prosta i ferie. I w tą ostatnią prostą mi się nie chce. Kompletnie. Gorąca kawa z mlekiem i cukrem usypia zamiast rozbudzać, muzyka też nie działa. A komputer rozprasza. No właśnie, kurewsko rozprasza i nie umiem siąść do notatek. Fail. Duży.

Zima zapowiedziała swój powrót, nakurwiło śniegu, mróz też chwyciła a tu znów, odwilż ciapa, niewiadomo co. Dobrze, że tego śniegu mniej, nie topi się masowo bo w ogóle nie byłoby jak wyjść z domu. Chcę jechać na narty, już wsio prawie gotowe. Tylko pogoda, wtedy musi być śnieg!

W ogóle nie chce mi się wracać do domu, siedziałbym sobie na tym wschodzie i obijał się nic nie robił, pograł sobie cały wolny czas w jakiegoś dobrego mmorpga (swoją drogą, 5 dni zamkniętej bety Rifta to za mało, maaałooo!!!), bez ciągłego czyjegoś chcenia czegokolwiek ode mnie. Ale w domu już od świąt nie byłem. Tęsknią…

PS Gdyby ktoś szukał taniego hostingu, to na dole strony jest link polecający. Redukuję koszta utrzymania swojego serwera ;)

2011

Nic o świętach. Nic o nowym roku. Brak podsumowania starego. Cozzie, heloł! Nie piszesz już nawet o tym jakie Twoje życie jest hujowe, pełne niepowodzeń. Co z Tobą facet? Wszystko się układać zaczęło a o dobrym niema co pisać?

No tak. Bo na co by tu ponarzekać? Przecież większość problemów tworzymy sobie sami. Ludzie z prawdziwymi problemami nie mówią o nich, nie piszą na stronie www o nieszczęściach. Cała reszta to narzekanie, bo narzekanie jest łatwiejsze niż praca, wysiłek i DZIAŁANIE aby było lepiej.

Nie jestem wyjątkiem. I w zasadzie na nic nie mogę już ponarzekać, jak tylko na swoje uczucia, które jak zawsze rozpierdalają ułożenie pozostałych elementów układanki zwanej życiem. Studia studiami, życie towarzyskie życiem towarzyskim, rutyna i codzienność, byle do weekendu. I totalny brak ognia w sercu.

I tylko co jakiś czas, ktoś o kim marzyłem dnie i noce rozpala mi ogień, i pali pali pali następne minuty i godziny, kolejne dnie i noce, a ja nic nie mogę zrobić.


Pełnia czasu.

Nie pamiętam kiedy zacząłem marzyć. Robić sobie w głowie wymarzone światy, jestem superbohaterem, multimilionerem, paladynem zakonu słońca, kosmicznym imperatorem, chłopakiem swojej wymarzonej dziewczyny. Zamykam oczy i jestem w miejscach, których niema i nigdy nie będzie. Marzę i zasypiam i znikam i budzę się tu i teraz w szarej rzeczywistości i tak z minuty na minutę z godziny na godzinę z dnia na dzień i z roku na rok czas leci i nie zmienia się nic. Alkohol, trawa, rpg, ucieczki od bycia tym kim jestem, znikanie i pojawianie się, flashback przebłysk, bo nigdy nic nie dzieje się tak jak bym chciał, wszystkie plany coś pierdoli, romantyczny sen o życiu bez problemów żeby trwał jak najdłużej.

To podobno jest w życiu najpiękniejsze, że żyje się raz, że nie można nic cofnąć, że raz podjęte decyzje do końca nas prześladują. Gdzie jest kurwa reset, gdzie jest magiczne new game, zrobię to jeszcze raz to wyjdzie lepiej, nie, tym razem tego nie spierdolę bo wiem jak powinienem, ta droga to nie był mój path, spróbuję tędy. Czemu o wehikule czasu mogę tylko myśleć i już nic z tego co zrobiłem nie mogę zmienić?! Co jest w tym pięknego, że odwracasz głowę a tam te Twoje porażki które powielasz i powielasz i nie wiesz co dalej i boisz się podejmowania jakichkolwiek decyzji bo kurwa znów coś się spierdoli.

Jest coraz lepiej. Nic się nie pierdoli. Gładko do przodu. Bez poprawek.


Polska, kościół i pomniki.

W Świebodzinie powstaje ogromna statua Chrystusa Króla. Pomnik ma mieć około 35 m wysokości. W Warszawie trwa budowa Świątyni Opatrzności Bożej. Tu prace wykonywane są na wysokości 55 m. Czy tylko w ten sposób Polacy umieją pokazać swoją religijność? Czy potrzebny jest nam ten „gigantyzm religijny”? Czy naprawdę udowadnia siłę naszej wiary?

Więcej budować! A jeżeli już budować cokolwiek to niech to będzie wielkie i monumentalne. Zrobione ze smakiem i wybudowane w dobrym miejscu. Tak naprawdę – co to za różnica, czy wybudowany zostanie wieżowiec biurowy czy gigantyczny pomnik? Dla mnie żadna, bo nie czuję silnego związku z kościołem jako instytucją. Nie interesuje mnie polska religijność, gigantyzm, udowadnianie siły wiary. Ale chciałbym, żeby piękne rzeczy w Polsce powstawały.

Z drugiej strony – żyjemy w takim a nie innym kraju, gdzie kultura nasycona jest katolicyzmem. W szkołach jest religia (jedna jedyna, wiadomo jaka), na każdym większym osiedlu stoi kościół, wszędzie wiszą krzyże. Czy to coś, złego, szkodzi komuś? Chyba nie, po prostu, taka nasza „polskość”. Czasem drażniąca kiedy dochodzi do ekscesów jak pod pałacem prezydenckim gdy grupa fanatyków uprze się na coś. Drażniąca, kiedy kościół zabiera się za politykę mimo, że nie powinien. Ale to raczej to drażni, zachowanie ludzi którzy uważają się za wierzących a swoim zachowaniem ośmieszają swoją wiarę. Wielki pomnik nie powinien nikogo drażnić, tak samo wielka świątynia. Chyba, że ktoś jest zadeklarowanym antyklerykałem i drażni go wszystko co z kościołem związane. Wolę pomnik Chrystusa, niż meczet za oknem.

Notka napisana do debaty -> http://gigantyzm-religijny.debata.blog.pl/

Perspektywy

Stuknęło mi na karku 21 lat. Właściwie to jeszcze nie, pierwszy września jest dopiero za 2,5 godziny ale to już prawie. Oczko tak zwane, kolejna po 18 duża okazja do świętowania. Nie wiem skąd się to wzięło, czemu oczko, czemu akurat 21. Bo 3×7 a 7 to szczęśliwa cyfra? Nie dociekam.

Wiele osób, w tym moi rodzice, uważa, że będąc studentem, mając ileś tam lat, powinno się już być osobą dojrzałą emocjonalnie, osobą która poważnie myśli nad swoją przyszłością oraz jako tako wie jak żyć. Ja natomiast nie wiem. Nie mam pojęcia jak mam żyć, nie mam pojęcia jaka będzie moja przyszłość, nie potrafię też pracować nad sobą by spełniać zewsząd stawiane mi wymagania. Jestem strasznym frustratem wkurwia mnie wiele rzeczy. Najbardziej w tym wszystkim wkurwia mnie to, że potrzebuję pieniędzy. Że brakuje mi pieniędzy. Że tyle o ile nie klepię biedy to przydałoby się więcej więcej i więcej. Bo samochód co chwila się sypie, bo aktualnie komputer się sypie, bo fajnie by było nie musieć oszczędzać oraz móc pozwolić sobie na więcej przyjemności. Ale skąd ja mam wziąć pieniądze? Od nikogo nie dostanę – rodzice i tak już wystarczająco na mnie harują. Praca – fajnie by było pogodzić pracę ze studiami. Ja póki co nie potrafię sobie poradzić nawet z samym studiowaniem. Studiuję i gówno z tego mam. Oh wiedza. No zajebiście, wiedza wiedza wiedza, fajnie dużo wiedzieć. Ale kurwa, co z tego, że fajnie kiedy wszystkie gazety mówią, że magistrowie po studiach nie mają roboty. Albo mają. Za 1500zł, na kasie w biedronce. To demotywuje. Ha, no niby za dobrą naukę są stypendia. Super, że są. 400zł za średnią 5.0. A na średnią 5.0 trzeba albo konkretnie zapierdalać albo mieć farta. Ja farta nie mam, zawsze byłem pechowcem, a zapierdalać jak mały motorek, nie mieć życia prywatnego tylko po to by dostać 400zł za które nawet mieszkania nie opłacę… Nie, to mnie nie mobilizuje, to mnie demotywuje dodatkowo. Muszę zdać egzamin. Wiem, że muszę. A nawet nie potrafię się za to zabrać.

Wszystko kręci się dookoła kasy. Całe życie współczesnego człowieka. Nie masz kasy – jesteś nikim i wart dosłownie tyle co gówno. Masz kasę możesz wszystko, robić to co chcesz, spełniać marzenia, realizować pasje. Tak wszystko, a jak mi ktoś będzie pierdolił o takich rzeczach jak „wartości niematerialne” to niech spierdala. Bo za pomocą kasy mogę sobie zapewnić też spokój ducha. Tylko muszę ją mieć. A jak to zrobić w tym kraju? Gdzie władza kradnie o oszukuje, i nieważne czy to PiS czy PO, prawica czy lewica. Władza oszukuje, ludzie oszukują. Ludzie kradną bo mogą. Politycy kradną bo mogą. Sądy są niesprawiedliwe, ręka rękę smaruje. Trzeba mieć tylko znajomości – wtedy można nic nie robić jakaś posadka zawsze będzie. Pół biedy, niech sobie rząd kradnie z podatków, tylko nie pozwoli ludziom robić to na co mają ochotę. A tu nie! Chciałbym sobie posadzić krzaka marihuany. Albo dwa lub trzy krzaki. Tak na własny użytek. Byłoby fajnie bo zielsko jest relaksujące. Plus zawsze jakiś zastrzyk gotówki ze sprzedaży znajomym. Ale nie mogę. Bo jakieś kurwy w rządzie tak twierdzą. Że to są narkotyki. Że zło. Pewnie, że zło, zło dla tych pizd, którzy mają kasę od mafii byleby tylko wszystko delegalizować. Mafia zajmuje się nielegalem, im więcej nielegalnych rzeczy tym większa kasa dla mafii. A jak się ma dużo kasy to zawsze można posmarować rękę jakiemuś politykowi. A co.

Może faktycznie jestem do dupy – są przecież ludzie, którzy robią studia, pracują w wakacje, albo pracują i studiują jednocześnie. Jakoś zaliczają te egzaminy, jakoś sobie odkładają kasę. Jakoś to POTRAFIĄ. Ja coraz częściej mam poczucie, że nie potrafię nic – ze studiami krucho, pracować to jeszcze w życiu nie pracowałem więc nie umiem. Smutno mi i źle, narzekam na wszystko, za nic nie potrafię się zabrać. 13 dni do HMSu a ja przez całe wakacje nawet nie ruszyłem tego podręcznika, kiedy wiem, że gdybym sobie powtarzał codziennie jakiś materiał to zdałbym to z palcem w dupie. A nie zrobiłem nic co tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu…

Za dużo myślę za mało robię. Za dużo gadam za mało robię. Ale i tak nie potrafię nic z tym zrobić. 10 osób może mi pierdolić „weź się za siebie, Boże nie marnuj swojego życia!” a po mnie to spływa. Nie wiem czemu. Wracam co chwila myślami do przeszłości, swojej, do któregoś momentu w swoim 21 letnim życiu. I tak sobie siedzę i myślę, jak to kurwa było fajnie, no kurwa było rewelacyjnie ale czemu się skończyło! Bez sensu. Bez sensu, że tak wracam. Przykład taki: wiele dziewczyn mi się podobało, wiele nieskutecznie podrywałem. I bardzo często wracam sobie myślami do nich, i tak myślę „kurwa, no ale ona jest fajna, czemu się nie udało, może by tak spróbować…”. I rozmawiam sobie z nimi, rozmyślam, czy jest jeszcze jakaś szansa… HELOŁ! Normalny człowiek by stwierdził, że to rozdziały zamknięte, o porażkach powinno się zapominać. Ale nieee, nie ja, jestem taki zajebisty, że mogę cały czas myśleć o porażkach i o tym, że a może da się je jeszcze zamienić w sukces. I ta mądra cześć mojej głowy mi podpowiada – nie da się Cozzie, idź do przodu. Szkoda, że moja mądra część uaktywnia się tylko wtedy kiedy o czymś piszę i mówię. A nie wtedy kiedy mam coś robić i prostować swoje życie… I tak wszystko jest do dupy, ciągle zawsze i codziennie a ja boję się, że kiedyś obudzę się bez niczego na ulicy.