„Ludzi trzeba brać takimi, jacy są, a nie takimi, jacy być powinni” (Franz Schubert)

Społeczeństwo

Coś na prawdę.

Mały prywatny sukces. W końcu coś z czego się ciesze, co sprawiło mi satysfakcję i dało niejako powód do dumy. Niepełny miesiąc po powrocie z Brukseli, odwlekając i odwlekając to w nieskończoność wreszcie zaprezentowałem światu mój amatorski wywiad z Nigelem Faragem. Zrobiłem go na szybko, stresując się trochę. Ale wyszedł, w moim odczuciu nawet nie najgorzej. Dawaj panie go na Wykop, tam lubią Faraga! No, nie pomyliłem się. Nie to, żeby reakcja na wideo przerosła moje oczekiwania bo spodziewałem się podobnych wyników, ale… Ale się chwalę teraz! Siedziałem z Mizunim i patrzyliśmy przez pierwszą godzinę jak rosną wykopy, jak dobiło 300 i wskoczyło od razu na główną. A potem lawina wykopów i komentarzy.

Nigel Farage na Wykop

Wykopowiczom się spodobało, jeden z nich przerobił moje tłumaczenie na napisy do filmiku (wielkie thx!), wyszło super. Muszę popracować tylko nad angielskim, akcent kurwa!, ale ciężko kiedy głównym polem do rozmowy po angielsku jest mumble z kolegami z Litwy :D Przez 3 dni licznik na JuTube nabiłał odwiedziny i teraz solidnie już zwolnił. Ale mimo wszystko, bariera 20.000 odsłon została osiągnięta:

 

Teraz czekam na możliwość przeprowadzenia innego wywiadu, bardziej pr0 ;)


Katastrofa…

… to jest bez wątpienia. Zginęły ważne osoby w państwie. Dlaczego, kto winien, aktualnie nie istotne. Dobrze by było gdyby to wydarzenie spoiło Polaków i sprawiło, że nasze pokolenie dojrzeje szybciej. Ten tydzień żałoby to będzie dobry okres przemyśleń.

It’s a tasty burger!

Ostatnio troszeczkę przystopowałem z wszelkiego rodzaju fastfoodami. Jakoś mniej KFC, zero McDonalda itp. W najnowszych tematach na forum Digarta powstał jednak wątek o w miarę starej już reklamie Burger Kinga:


Oglądałem ją jakiś czas temu i zrobiła na mnie wrażenie. Nie wiadomo czy faktycznie amerykanie są tak przywiązani do Whoopera czy jest to tylko zabieg reklamowy. Trzeba jednak przyznać, że reklama jest pomysłowa a jej autorzy napewno mieli kupę zabawy obserwując niczego nie przupuszczających klientów. Ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że Whooper jest naprawdę zajebisty, że ogólnie hamburgery w Burger Kingu są pyszne a takie big maci czy mcroyale nie dorastają chociażby Big Kingowi do pięt ;) Szkoda, że w Lublinie niema a żeby poucztować takimi rarytasami muszę wybierać się do Warszawy.

Kontynuując tematy hamburgerowe i fastfoodowe. NIGDY nie lubiłem żarcia z różnego rodzaju budek z kebabem, hot-dogami itp. Jakoś odrzucało mnie to, choć racjonalnego powodu ku temu nie było. Kebabu nadal nie lubię. Jednak blisko mojej uczelni jest pewna budka z hamburgerami. Bedąc kiedyś bardzo bardzo głodny a mając pustkę w portfelu skusiłem się na hamburgera z serem za 5 zł i… i był to strzał w dziesiątkę! Chrupiąca bułeczka, sałatka, zajebiste mięsko majonezik keczupik, no bajka. I ta przystępna cena. To dowód na to, że warto korzystać z doświadczeń innych osób (dzięki Kozak).

Podobno KFC w Lublinie ma małe obroty. Dziwne to patrząc przez pryzmat tego, że KFC w lublinie jest jedno, i kiedy by się tam nie przyszło ktoś tam coś spożywa. No ale takie wiadomości od Mundka do mnie dotarły.

Może to jakieś ogólnopolskie problemy finansowe tej korporacji? Ostatnio widziałem plakat jakoby można było mecze naszej reprezentacji oglądać w siedzibie kurczaków za friko. Brakuje tylko piwa w menu, chociaż jak dla mnie to zupełnie nie miejsce na taką posiadówkę. Z innych ciekawych ale jak dla mnie nie trafionych rzeczy jest konkurs tenisa na konsoli Wii, oczywiście rozgrywany w KFC. Poco to komu? Nie wiem. Fast-food to dla mnie miejsce gdzie mam zjeść coś dobrego a nie bawić się w pierdoły.

Przyszła wiosna, świeci słońce, KONIEC STAGNACJI, koniec depresji.


Pomysł na kubełek

kfc_bucket

Od mniej więcej dwóch tygodni nie jadam już tak często w KFC co podyktowane jest szukaniem tymczasowych oszczędności. Jednak przeglądając dziś Digart natknąłem się na wątek poświęcony konkursowi na kubełek dla KFC. Cóż, nie mogłem się czymś takim nie zainteresować :D Do wygrania 10 000 zł, no i jeszcze satysfakcja, gdyby mój art znalazł się na kubełku. Ahh, marzenia. Ale spróbować sobie spróbuję co by nie ;) Dla chętnych LINK do konkursu.

To to po prawej, to taki mój miniblog, shoutbox. Jak nie będzie mi się chciało pisać długiej notki, albo poprostu będę chciał coś krzyknąć to o, tam po prawej. Skomentować też można. Przy okazji klikając w reklamę google :P Co bardziej spostrzegawsze osoby mogły zauważyć też, że linki na stronie prezentują się inaczej. Mam nadzieje łatwiej i przystępniej, no i powinny być lepiej indeksowane przez google.


dżoło.

Grunt to zawsze szukać różnych rozwiązań, nawet w sytuacjach kiedy teoretycznie zostało zrobione już wszystko w danej kwestii a nie osiągnięto tego co się zamierzało. Nie inaczej jest w medycynie, kiedy jeden lekarz mówi „to wszystko. nic więcej nie można już zrobić” a inny „spróbujmy jeszcze tej opcji”.

Byłem wczoraj w Katowicach u pewnego lekarza z Mongolii. Właściwie bardziej pasującym do niego określeniem byłby znachor lub nawet szaman. Wizyta ta była podyktowana sprawą mojego prawego ucha, gdzie na chwilę obecną konwencjonalna medycyna nie ma recepty na poprawę. Jednak medycyna dalekiego wchodu nijak podobna jest do tej naszej, zachodniej. Czym innym się leczy, co innego się leczy, inaczej podchodzi się do leczenia. Wszystkie problemy zdrowotne to nie zaburzenia konkretnych organów, to zaburzenia przepływu energii w organiźmie, zanieczyszczenie organizmu. Dlatego też medycyna wschodu stara się leczyć źródło, ten początek z którego wszystko co złe wynikło.

Moje ucho zostało otwarte na medycynę niekonwencjonalną.

Dżoło

To powyżej to dziwne chińskie mieszanki lecznicze. Nie mam najmniejszego pojęcia co to jest, gdybym umiał czytać po Chińsku to może zrozumiałbym co jest w tych pudełeczkach, natomiast co jest w foliowych torebeczkach na zawsze pozostanie niewiadomą gdyż zapewne jest to sekret owego szamana. Jedno jest pewne, wywar z tego proszku jest straszny w smaku. Mogę śmiało powiedzieć, nic gorszego w życiu nie piłem. Cóż, ma to oczyścić organizm, przywrócić równowagę energii. Zobaczymy. Jest czas.


Prawdziwa historia KFC

Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że zawsze lubiłem niezdrowe jedzenie, obiad w fast-foodzie to coś na co zawsze jestem w stanie wysupłać jakieś pieniądze. Z braku laku na pierwszym miejscu zawsze stał McDonald’s i te pyszniutkie małe cheeseburgerki. Ubolewałem zawsze nad faktem, że w Polsce niema Burger King’a, a kiedy w końcu marka ta powróciła na nasz rynek zaczęło mnie smucić, że tylko w niektórych miastach, akurat w tych gdzie nie bywam za często (pomijając Warszawę).

Nigdy nie byłem specjalnym fanem kurczaków. W KFC nie jadałem, nie wiem, jakaś awersja do marki. Jednak zmieniło się. Teraz kocham KFC i specjalnie nie kryję się ze swoim uzależnieniem od Hot-Wingsów. Jak to się jednak stało? Myślę, że pierwszym czynnikiem warunkującym to, że moje kubki smakowe niemogą się oprzeć tej marce było to, że z uczelni bliżej mam do KFC niż McDonald’sa. Oczywiście nic do zarzucenia nie mam mojej wydziałowej kawiarni, gdzie chociażby zupy to są po prostu delicje, a i lekko prawniczy klimat miejsca sprzyja spożywaniu, ALE (i tu pojawia się drugi czynnik) bardzo często pada w mojej grupie hasło „eeejjj, a może dzisiaj KFC?”. Jak widać ten drugi czynnik, czyli grupa kochająca kurczaki sprawia, że jeśli jem na mieście to najczęściej w KFC.

Inna istotna rzecz, która wpłynęła na zmianę moich upodobań to szpital na szaserów. Podłe jedzenie po, którym i tak czułem się głodny oraz ogólne przygnębienie spowodowane pobytem w placówce medycznej przez święta, sylwestra, sprawiły, że szukałem możliwości polepszenia sobie nastroju. Hot Wingsy w dostawie okazały się czymś zbawiennym…

Ktoś powie „stary szkoda pieniędzy”. Może. Ale zamiast paczki papierosów i dwóch browarków w knajpie mam coś co lubię. W momentach kiedy nic mi się nie układa, ludzie dookoła mnie odwracają się odemnie, albo poprostu kiedy czuję, że spierdoliłem jakąś sprawę, mam tą swoją małą przyjemność. Jedzenie.

Trochę, przedłużył mi się wstęp do notki. A miał być, krótki bo „Prawdziwa historia KFC” to pewien odgrzebany w necie filmik. Have fun:


„We’re gonna need a bigger bucket!”


są takie chwile, które smakują jak daktyle

Bez kawki z rana, niemożliwe. W moim ulubionym kubku, który od niepamiętnych dni towarzyszy mi zawsze kiedy jakiś gorący napój ma mnie od środka rozgrzać. Takie małe przedmioty, pełno ich w życiu, które pozwalają się czuć albo sobą, albo u siebie. Ukochany kubek, portfel, empeczy plejer z muzyką, zdjęcie kogoś ważnego, plakat na ścianie, kochany t-shirt. Z czasem niektóre rzeczy się odrzuca, bo się zapomina, bo kojarzą się z dziewczyną, która Cię porzuciła. Różnie. Ale zostaną inne, bo człowiek z natury lubi otaczać się rzeczami. Dobrze, byleby rzeczy nie stały się celem gonitwy jaką jest życie.

Dzisiaj w Lublinie niesamowity koncert. Aż zatkało mnie kiedy zobaczyłem ten plakat na wydziale. Bardzo chciałbym iść, ale niestety, cena biletu jest zaporowa jak na portfel studenta studiującego z dala od rodzinnego domu. 60 zł… Przelicz sobie, ile piwa, ile innych zabawek, a jedzenia ile? No straszne. Ale gwiazdy Radżastanu… ehh…

Dzisiejszy poranek (o ile można godzinę 13 nazwać porankiem, no, ja mogę) upływa mi jakoś melancholijnie, pewnie za sprawą pogody, i pewnie za sprawą odgrzebanych zdjęć, które zobaczyłem (a mówiłem sobie, że przecież nie oglądam już starych zdjęć z innego życia). Sensu w tym wszystkim nadaje mi muzyka. No ale to tutaj, proszę, Luc:



niesamowiciejakwspaniałymożebyćświat.

Kto mnie zna ten mnie zna, kto myśli, że zna ten będzie dalej myślał, że zna, a kto w ogóle mnie nie zna a chciał coś napisać to tak też zrobił. Nie zawiedli mnie Ci po których spodziewałem się, że się nie zawiodę. Poza jednym smutnym wyjątkiem ale, takie jest życie, i taka też była koncepcja tego ostatniego: dowiedzieć się więcej.

Wracając dzisiaj z uczelni (wyjątkowo nie mając na uszach bariery dzwiękowej) przysłuchiwałem się rozmowie młodzieży gimnazjalnej. Wyraźnie musiało to być jakieś dobre gimnazjum gdyż podekscytowana dziewczyna i podekscytowany chłopak prawili o szalenie nośnej plotce szkolnej jakoby w ich gimnazjum pojawiły się grupki, uwaga, wciągające tabakę! Dziewczyna opowiadała, że widziała pojedyńcze osoby, ale nie mogła dowierzyć swojemu koledze, że są to już całe grupy. Była wyraźnie poruszona tym faktem, toż to narkomania.

Przypomina mi się moje gimnazjum, pierwsze papierosy na garażach, pierwsze pudełka tabaki Red Bull wciągane po kryjomu w szkolnym kiblu. Młodzieżowa zabawa, coś co dawało namiastkę dorosłości. Zresztą więcej tego wszystkiego było, tanie wina gdy nie chciało się NIC nie robić na ławce, robienie sobie marmolady z mózgu tylko poco? Najpiękniejsze chwile jakie mam w głowie to właśnie ten okres dorastania, bycia głupim pseudo-dorosłym, kiedy jedynym problemem było „jak nie być cały dzień w domu aby rodzice się nie dojebali”, żeby robić to na co się miało ochotę. Narobiłem sobie problemów, ale zawsze chciałem być dobrym chłopakiem, nie robić nikomu krzywdy, samemu sobie też nie. Ale w tym wieku to nie wychodzi.

Jestem starszy, niby jakieś doświadczenia wykute w głowie, pierdoły dobrze okej. Zmieniłem podejście, przymknąłem się w sobie samym. Złe jest to, że nie mam kluczyków od pewnych kłódeczek. Bo w pewnym momencie, kiedy odwróciłem się na pięcie od wszystkich i wszystkiego to wyjebałem klucze gdzies daleko za siebie. Fajnie było, ale został z tego problem. Jak znajdziesz moje kluczyki to daj znać.

Mam pomysł na różowe chmurki i fioletowe słońce. Nawet nie wiecie jaki piękny świat jest przez takie okulary.


cyrk.arlekin

Byłem na pielgrzymce w Częstochowie. Pomodlić się za maturę, wyciszyć, odnaleźć spokój. Guzik. Większość jak nie wszyscy potraktowali tą bądź co bądź pielgrzymkę jako swego rodzaju jednodniową wycieczkę klasową. Nie jestem przesadnie religijny ale miałem jakiś duchowy cel w tym wyjeździe. Czar prysł już na początku. Wszystko na szybko, zero czasu na refleksję nad samym sobą i co by można zmienić, jak się samemu poprawić przez te 2 miesiące, które jeszcze zostały. Jedynie msza, ale też nie do końca kiedy stoisz w ścisku jak sardynka w puszcze i myślisz jedynie o tym jak bolą Cie nogi od niewygodnego stania w miejscu. 3/4 młodzieży która była na tej mszy chyba dawno dawno na normalnej mszy nie była. Stali i milczeli sprawiając wrażenie osób nie znających formuły mszy, która do jasnej cholery jest taka sama. Śpiewać też ledwo ledwo mimo, że teksty religijnych pieśni przed oczyma. Z takim tłumem to ja się nie będę solidaryzował. Bydło i tyle. Chuj w dupę takiemu „pielgrzymowaniu”.

Druga strona medalu. Jeżeli już odfajczono na liście cel główny czyli wizytę w Klasztorze na Jasnej Górze to zostają jeszcze cele poboczne. Jak chociażby dobrze się najeść. I tu Częstochowa nie sprostała. Infrastruktura beznadziejna. A przecież zysk widać gołym okiem. Tysiące ludzi przybywających na Jasną Górę to konkretna klientela. Ale gastronomia nie jest w stanie obsłużyć takiej liczby „pielgrzymów”. Bo w pobliżu klasztoru, nie licząc nędznych barów gdzie przyjemność z jedzenia nie istnieje, niema gastronomii. Po prostu niema. Przemierzając aleję Najświętszej Marii Panny, klnąc na wszystko dookoła, szukając czegokolwiek przyzwoitego gdzie można by usiąść i zjeść trafiliśmy… McDonald. Ze świątyni Pana Boga do świątyni spragnionych żołądków i symbolu globalizacji. Ou, yeah, quarterpounder with cheese, please!

Quarterpounder with cheese (McRoyal)

jebudu!

Ludzie. Jakie kurwa bagno! Co to za moda? Udajemy kogoś, lansujemy się na nie wiadomo kogo, jesteśmy w końcu tacy pro zajebiści wiesz, towarzystwo nas akceptuje, ale co z tego skoro to towarzystwo to takie ziomki pachołki, nic nie warte, też udają, odgrywają, jaki lans, Lord, „a majspejsa masz? nie? grono? no co Ty ej, na youtube taki kawałek słuchaj!”. Takie to fajne kolorowe włosy sobie zrobić, jest jazzy, ale szał, „dzisiaj tak się najebałam, że ponad godzinę nad kiblem sterczałam!” jak Fisz komentował 16 letnie na oko panienki w autobusie to tak samo wy. Nie, to nie jest fajne, że udajecie, widzicie siebie czy nie widzicie, gdzie jesteście tak naprawdę, w środku siebie zagubieni, niezrozumiani? A Ty dziewczyno myślisz, że jak podoba Ci się koleżanka to już BI, ale w sumie spróbujmy, jak to jest, no i moi super znajomi zaakceptują mnie, tak tak, zmienię się, orientację też se zmienię! Wkurwiacie mnie, tacy jesteście hujowi z tym wszystkim. Powinienem was poznać? To ładny żart.

Jest was tak dużo, gdzie nie pójdę to was widzę. Chciałem uwierzyć, ciągle wierzę, wierzę w ludzi, bądźcie sobą o to was proszę. Bo w sobie głęboko pewnie jesteście wspaniali, WY, a nie wasze pierdolone maski na każdą okazję!

Emo

autobus.

Przygnębiające jest to miasto w taką jesienną pogodę, późnym wieczorem gdy pada deszcz. Lubię ale przygnębia.

Wracałem wczoraj właśnie tak puźno autobusem. Wreszcie jeżdzą normalnie. Kto nie wie – strajk w Kielcach mieliśmy. Połowa sierpnia pod znakiem braku normalnych autobusów i wszelakich patologii z tego wynikających. Kierowcy strajkowali, domagali się większych płac. W sumie to logiczne. Mężczyzna (bo nie widziałem kierowcy kobiety) to zazwyczaj głowa rodziny i na jego barkach leży zadanie zarobienia na wszystkie bieżące i przyszłe potrzeby domowników. A kierowca? Ile on zarabia? Strzelam 1500-2000 brutto? Dużo? Mało. Podwyżka byłaby wskazana. Tylko skąd? Stare kieleckie autobusy, niektóre grubo ponad 20 letnie. Nie wymieniane bo niema za co. Te stare też nie remontowane. Bo niema za co. Bilety w cenie tej samej (była podwyżka o 5 gr. związana z tym, że benzyna podrożała) a ludzie i tak często nie kasują tych biletów. No to skąd mają być te pieniądze na podwyżki? Sytuacja patowa i w gruncie rzeczy smutna. Bo Ci ludzie zasługują na większe pieniądze… Jechałem wczoraj autobusem późną porą. Nie miałem biletu, chciałem kupić ale drobnych też nie miałem. Kierowca mi wydał ale bez złotówki. Specjalnie? Nie specjalnie? Nie wiem. Zły nie byłem…

Jesień przyszła bo robię sobie herbatę z sokiem malinowym. Nigdy nie piję jej wcześniej, dopiero kiedy naprawdę czuję w kościach i na duszy, że jesień przyszła i zagościła się na dobre.

Magda ma problem, ja też mam problem, Ty ejj, taka napuchnięta głowa jak guma balonowa…

[youtube]9KWgcpsVzVY[/youtube]

Oj chciałbym tak.


Emo. nic dodać. nic ująć.

emo.


Rospuda

Ostatnio sprawa troszkę przycichła jednak ekolodzy dalej stoją murem za Doliną Rospudy. W swojej propagandzie idzie im naprawdę nieźle, chyba większość społeczeństwa (oprócz oczywiście mieszkańców Augustowa) stoi po ich stronie. Na wortalu o Rozpudzie (http://www.dolina-rospudy.pl) można znaleźć wiele apeli: a to potrzebny samochód, a to informacje kiedy i jak zbierają się ekologowie by bronić tego pięknego miejsca. Jest też dokument .pdf z wadami rządowego projektu i zaletami projektu ekologów.

Nasz rząd postanowił jednak walczyć z ekologami poprzez sianie własnej propagandy. Przeglądając dzisiejszy Dziennik wypadł mi na kolana „dodatek specjalny” pt. „O co chodzi w Rozpudzie?”. Pomyślałem sobie, że znów ekolodzy.. a tu nie, zdziwiłem się gdyż na ostatniej stronie dodatku widnieje wyraźny napis „Opracowanie: Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad”.

Muszę stwierdzić, że mimo iż zarówno na stronie Dolina Rospudy jak i w rządowym dodatku fakty w nich podawane wzajemnie się wykluczają i to już zależy od człowieka czy woli wierzyć rządowi czy ekologom, to jednak dodatek GDDKiA jest przystępniejszy w odbiorze niż strona www ekologów. Wszystko podane w czytelny sposób. Az chce się złościć na cały ten chrzaniony Greenpeace, który blokuje rozwój kraju i utrudnia życie mieszkańcom Augustowa, skoro rządowy projekt w jak najmniejszym stopniu ingeruje w Rospudę.

Szkoda tylko, że to za pieniądze podatników wydawany jest ten dodatek. Szkoda, że w naszym kraju nic nie może być normalnie. Dajmy na to aby problem mimo wszystko został szybko rozwiązany. Z korzyścią zarówno dla środowiska jak i gospodarki.


Funny.

Kolejna zabawa w blogosferze. OSKArek mnie zaprosił to ZACZYNAMY. Zasady są proste. Podajemy 5 mało znanych rzeczy o sobie i typujemy/zapraszamy 5 osób do zabawy.

1. Kocham spać. Kiedy tylko czuję potrzebę a mam możliwość śpię.
2. Nigdy nie zmieniłem numeru gadu-gadu, numeru komórkowego. Od początku te same.
3. Kocham mleko. Tylko zimne. Ilości nieograniczone.
4. Interesuję sie filozofią
5. Unikam dużych imprez. Zdecydowanie lepiej bawię się na domówkach.
Na kolejnych 5 Bloggerów TYPUJĘ:

SZPAQ, PATT, JEZUS, PANPIEPRZ, AGNES_ADV


Spokój i szaleństwo

Trzy luźne dni. Wypocząłem sobie i czuję to. Przez trzy dni do szkoły na 11:50 na ledwie 3 godziny lekcyjne. Żyć, nie umierać, praktycznie długi weekend. Dawno nie miałem okazji porządnie się wyspać więc te dni się przydały. Następna okazja zapewne dopiero w święta Bożego Narodzenia. Trzeba wytrzymać.

W środę otworzono na moim osiedlu „Pasaż Świętokrzyski”. Tak jak całe chyba województwo wybrałem się na WIELKIE OTWARCIE. To był błąd. O godzinie 9tej rano było już sporo ludzi. W wielu sklepach obniżki. W Reporterze 50% i tłum nieziemski. Nieudało się nic kupić. Do „Pasażu” wróciłem koło 15tej – ludzi było sporo więcej, aby wejść do Reportera trzeba było stać w kolejce. Szybko wyszedłem. Koło godziny 18tej razem z bandą z osiedla odwiedziłem sklep jeszcze raz. Heh, ludzie skończyli pracę i przyjechali tu jeszcze większym tłumem. Wszędzie ścisk, gorąco, pełno ludzi nastawionych tylko by wyrwać jak najwięcej produktów po jak najniższej cenie. Totalne ogłupienie. Kupowanie nie dlatego, że coś jest potrzebne ale dlatego, że jest taniej, więcej, lepiej, inaczej. A w sumie do końca inaczej nie jest – wszystkie sklepy otwarte w „Pasażu” już wcześniej w Kielcach były. Więc aby kupić coś naprawdę ciekawego i innego i tak trzeba pojechać do Krakowa lub Warszawy. Smutne ale prawdziwe.

Ogólnie cała ta galeria absolutnie mi jest nie w smak. Wolałem chyba jak w jej miejscu było gołe pole, jak nic nie było. Miało to swój urok. I przede wszystkim moje osiedle było SPOKOJNE. A teraz? Dosłownie każdy autobus popołudniową porą na ślichowice jest zabity do granic możliwości. Nie mówiąc o tym jak w środę wyglądała ulica dojazdowa:

Wszystko się zmienia, osiedle także. Przynajmniej jak będę chciał sobie kupić coś lepszego do jedzenia to w eleclercu sobie kupię. Bo blisko.