Prywatne | ŚwiatCozziego

“Ludzi trzeba brać takimi, jacy są, a nie takimi, jacy być powinni” (Franz Schubert)



Prywatne

iPo

no i skonczylismy cieszyc sie ze skonczonej sesji. poranek przywital nas sloncem i piosenka. posluchajcie:



Przykazanie

Nikt nie każe ci iść dalej. Można siedzieć i czekać na śmierć. Można całe życie siedzieć i czekać na śmierć. To też jest godne, jest honorowe, może być przyjemne, jeśli ktoś potrafi czerpać z tego przyjemność. Nikt nigdy nie powiedział, że tylko jak się idzie naprzód, to dopełnia się los człowieka. Można korzystać z chwili, można sobie popijać winko czy wódkę. Można tak siedzieć. Można tak siedzieć aż do śmierci… i nikt nie ma prawa zarzucić komukolwiek, że robi źle, że to nie tak, że powinien robić inaczej. To nie jest niczyja sprawa. Można siedzieć na trotuarze i czekać. Wszystko w porządku. Wszystko w najlepszym porządku. Robisz dobrze, robisz jak chcesz, robisz, co chcesz. Bo nie ma idealnej recepty na życie. Każda recepta jest dobra. Każdy może robić, co chce i nie będzie żadnych pretensji. Każdy jednak… każdy może wstać i ruszyć dalej. Można siedzieć i czekać, co przyniesie los, można też pójść za najbliższy róg i zobaczyć, czy tam jest coś ciekawego. Każdy może ruszyć dalej i w tym wypadku również nikt nie może mieć żadnych pretensji…

Wirus, Wielki Kłamca



<.>

Naszymi przyjaciółmi są wszystkie te dusze, które znaliśmy w poprzednich życiach. W ten sposób przyciągamy się nawzajem. Nawet jeśli znamy się jeden dzień to nie ma znaczenia. Planuję zaczekać i zobaczyć co będzie za dwa lata. Daję słowo, że musieliśmy się już kiedyś poznać.

George Harrison


Płonie Babilon, płoną marzenia…

… wszystko się zmienia, ja się nie zmieniam.

Jadę na brudstock. Zawsze chciałem tam pojechać, zawsze chciałem pojechać tam zobaczyć jak to jest, tyle ludzi, różnych ćpunów, skinów, rastamanów, krisznowców, metali. Wolność, brud, muzyka, alkohol, jaranie. Jadę z moimi kumplami których znam od gówniarza, którzy byli w różnych momentach i sytuacjach. Ale ja jadę, żeby uciec żeby mnie wreszcie coś uwolniło, od tej mantry od tego życia przeszłością, od tych marzeń, od tego uczucia które mnie kurwa nie puszcza a ja tak bym chciał bo już nie mam siły, nie mam siły tak dalej egzystować nie mam siły dalej marzyć kiedy wszyscy dookoła mi mówią, że to koniec, że koniec był już dawno, OBUDŹ SIĘ, DOJRZEJ, PRZEJRZYJ NA OCZY! gdzie jest moja bajka no gdzie? czemu moja głowa zagubiła się gdzieś w czasoprzestrzeni, czemu moje serce zatrzymało się gdzieś 5 lat temu, czemu ja kurwa nie potrafię sobie z tym poradzić, czemu kurwa mać ja pierdole NIE UMIEM kiedy tak bardzo bym chciał, żeby było normalnie, żebym żył jak każdy DO PRZODU a nie od papierosa do papierosa szarość smutek kielce ona ja i myśli, i te popierdolone myśli każdego dnia nieważne czy jest dobrze czy nie czy śnieg czy słońce to myśl, że może coś się zmieni. A Ona powiedziała: nie zmieni się Bartek…

Nie wiem w co wierzyć. Co tutaj jest szczęściem? Gdzie szukać mam zrozumienia, jak mam zrozumieć swoją głowę modlę się o to do Boga, tylko o to o nic więcej, nie o Ciebie nie o domek gdzieś i szczęśliwą rodzinę nie o miłość której nie dostaję modlę się o to, żebyś mi Boże dał zrozumieć siebie, żeby w mojej głowie nie było już więcej wojny, żebym siebie samego nie niszczył już więcej siły by nie płakać by nie zamykać oczu na rzeczywistość.

Wrócę inny. Albo mogę nie wracać wcale.


Ołałała

jogu

Po tym wszystkim co ostatnio, po kolejnej nocy nie spędzonej w domu, teraz kiedy już udało dotrzeć mi się do mieszkania zrobić co miałem to na ten poranek (ta poranek kurwa 14:14…) najlepszy jest pitny jogurt bananowo-truskawkowy, który zawsze będzie mi przed oczy wrzucał pewien inny poranek, jeden z najcudowniejszych. Jogurt zajebisty max.

Nie chce mi się nic mówić, nie chcę o niczym myśleć. Coś mnie przerosło a coś zjebałem. Dedykuję wam wszystkim:


Spierdalać. Ol de pipel ju now.


Życie

składa się z krótkich momentów. Kocham takie pozytywne momenciki, które sprawiają, że w danej chwili jestem piekielnie dobrze nastrojony. Ale jak robić żeby trwały dłużej albo pojawiały się częściej? Tego nie wiem ale nad tym pracuję.

Podsumowanie.

Stałem na balkonie i patrzyłem. Na matki z dziećmi, na miejscowych żuli, na sąsiadów palących na balkonach, na przejeżdzające samochody. Wszystkie rzeczy były już spakowane, całe mieszkanie wysprzątane tak jak chyba nigdy. Czekałem na ojca. Z Lublinem pożegnałem się wcześniej.

To był 1 lipca, dzień zakończenia mojego pierwszego roku studiów. Nie powiem, że nie było mi wtedy smutno. Opuszczałem w końcu mieszkanie, w którym spędziłem prawie rok. Mieszkanie, które przez te wszystkie miesiące było “moim miejscem”. Kto wie też, czy nie było to ogólnie pożegnanie Lublina i już tam nie wrócę studiować. Oby. Aktualny czas jest odmierzany przez pryzmat tego, jak daleko do wyników tegorocznej rekrutacji. To mi zaprząta głowę i mam nadzieję, tym razem los będzie dla mnie łaskawszy.

Dużo dał mi pierwszy rok studiowania. Naprawdę. Więcej troski o siebie, uważniejsze dysponowanie pieniędzmi i takie tam. Niestety przez ten rok nadal nie nauczyłem się uczyć, nie dawałem z siebie tego maksimum na co mnie stać. Przez to pojawiły się poprawki a nie pojawiło się stypendium. Z nauką dałem dupy – jak z wieloma rzeczami w moim życiu…

Zleciał strasznie szybko. To tak jak oglądasz te przyśpieszone filmy kiedy słońce wyłania się zza wschodu a po 10 sekundach już zachodzi. Ja tak odbieram ten rok. Parę minut w parę miesięcy.

Nie poznałem dziewczyny, w której mógłbym się zakochać, nie rozwinąłem się uczuciowo, nie zapomniałem. To chyba jeszcze większa porażka niż wynik studiowania, bo nawet tego 1 lipca paląc papierosa na balkonie myslałem sobie, że może wakacje to będzie czas kiedy pospotykam się z Nią. Klapa. Nie ma nic.

Dużo przedziwnych akcji pozostanie mi w pamięci po tym roku. Tak jak niektórzy poznani w Lublinie ludzie. Zajebiście mieszkało się z Mundkiem, takiego lokatora tylko sobie życzyć…

Teraz piję już kawę w swoim pokoju, w rodzinnym domu, ale w tym samym jednym kubku do kawy, który towarzyszył mi przez cały rok. Za oknem chmury – inaczej chyba nie zmobilizowałbym się do napisania notki na blogu. Wbrew pozorom chmury aktywują mnie do jakiegoś działania, na różnych polach. Są chmury – jest Cozzie w szczytowej formie.

Tylko brakuje tej jednej, szczególnej chmury.


Antichrist

Antichrist

Minęło już parę chwil od dnia kiedy wybrałem się do kina obejrzeć najnowszą produkcję Larsa von Triera. Z jednej strony miałem mało czasu aby cokolwiek napisać, z drugiej ten film nie jest takim, który można opisać dwoma słowami zaraz po wyjściu z sali kinowej…

Idąc na ten film byłem przepełniony informacjami wyniesionymi z przeczytanych wcześniej recenzji. Na Festiwalu Filmowym w Cannes (gdzie “Antichrist” został zaprezentowany po raz pierwszy) poruszył publiczność. W różny sposób, gdyż spora część widowni po prostu opuściła seans w trakcie. Czytałem też wiele komentarzy odnośnie tego jaki to film jest i w wielu z nich widzowie twierdzili, że musieli opuścić seans z powodu tego, jak niesmaczny jest ten film. Takie komentarze to dla mnie najlepsza rekomendacja, jeśli dodać do tego, że “Antichrist” był nominowany do Złotej Palmy, a główna aktorka zdobyła Złotą Palmę w kategorii najlepsza aktorka, to po prostu film musiałem obejrzeć.

Na ten film można iść według dwóch założeń – jeśli ktoś wie kim jest Lars von Trier to wie również, że może się po jego filmie spodziewać czegoś głębszego. Natomiast jeśli ktoś nie wie kim ww. reżyser jest to słysząc o tytule “Antychryst” może wybrać się na ten film jak na kolejną część “Piły”. I jeśli wybierze się z takim nastawieniem to niestety będzie zawiedziony…

Światowej sławy psychiatra i jego młoda żona, badająca historie czarownic w średniowieczu, wyjeżdżają do domu na odludziu, by zaszyć się przed światem i zmierzyć się ze swoimi najgłębszymi lękami. Zamiast ukojenia znajdą tam jednak niszczycielską moc sięgającą początków świata. Będą musieli stawić czoła potężnej i przerażającej sile, z której istnienia nie zdawali sobie sprawy.

Taki opis filmu prezentuje nam dystrybutor. I w moim odczuciu NIJAK ma się on do tego co w filmie znajdziemy. Ból, rozpacz, problemy z psychiką, zło wynikające znikąd…  Nie wszystko jest tu podane na talerzu, ba, bardzo mało. Film pełen jest metafor, różnych odniesień, zarówno słowa wypowiadane przez bohaterów jak i obraz każą się skoncentrować i myśleć. Im większa nasza wiedza ogólna tym lepiej, bo tym więcej odniesień możemy w tym filmie znaleźć. Adam i Ewa, Eden, kuszenie… Wiele, wiele.

W zasadzie nie jest to też film straszny. Nie straszny nas w sposób prymitywny jak wszystkie amerykańskie horrory. Buduje za to atmosferę a strach w zasadzie budujemy my sami. To jak kojarzymy i co nasza głowa podpowiada, że zaraz może się stać.

Dzieło Larsa von Triera było krytykowane za kilka niesmacznych niby to erotycznych scen. Jedyną prawdziwie erotyczną i jednocześnie ładną sceną (to zauważyła moja towarzyszka nie ja) był chwilowy akt, dosłownie parę sekund na samym początku filmu. Pozostałe sceny z erotyką miały tyle wspólnego co pokazywały genitalia. W sposób inny niż się je zazwyczaj pokazuje.

Po seansie w głowie zakotwiczyła mi myśl – “kobieta. zło. fałszywość”. Taki cel miał reżyser? Chyba. Podobno to jego najbardziej osobisty film w karierze. Jeśli tak to musiał doświadczyć od kobiety albo kobiet czegoś okropnego. Czegoś co sprawiło, że chciał pokazać nam obraz taki a nie inny. Ja odebrałem ten film też w jakiś sposób personalnie. Coś mnie przez to zabolało… Pewnie dlatego, że sam nie mam szczęścia do kobiet. A jedyna do której coś czuję też w jakiś sposób mnie zraniła. I mimo iż mało który facet, będzie w stanie pomyśleć o kobiecie którą kocha, że jest fałszywa, zakłamana, i od środka zła… To na taki tor myślenia nakierowuje nas ten film.

Na sam koniec zwracam uwagę na jedno. Przy tego typu filmach istnieje problem. Z kim iść go obejrzeć? Samemu? Może i dobra opcja dla kogoś kto po obejrzeniu filmu lubi go sobie przemyśleć w swojej własnej głowie. Ja lubię dyskusję dlatego zawsze ważne dla mnie jest by ktoś z kim idę do kina potem o filmie mógł ze mną porozmawiać. Całe szczęście jest taki ktoś. Dodam tylko, że nie jest to film, na który można się wybrać na randkę. Znajdźcie sobie bratnią duszę, której nie straszne swego rodzaju dziwactwa i w takim gronie go obejrzcie. Nie inaczej. A obejrzeć trzeba. Bo warto.


Like a bird without a song

Tamten świat

Siedzę w ciemności swoich myśli zewsząd mnie otaczających. Oh, różne bezwzględne upiory, demony przeszłości, żale teraźniejszości dopadające, niweczące tyle wypracowanych kompromisów; moje kajdany obciążniki na nogach “siedź tu i teraz nie rób nic”, pędzę ja czy to czas dookoła mnie pędzi opływa jak powiew wiatru taki delikatny gdy porównasz do ciężkich nóg. Ziemia, ziemia tak blisko pod podeszwami wytartych butów a głowa w chmurach i tak prowadzi mnie do przodu; tyle osób szło już tym traktem, tyle go szczęśliwie przeszło a niektórzy zeszli i nigdy nigdzie nie doszli, ale każdy idzie sam po swojemu tą drogą czy ścieżką, szlakiem pomiędzy innymi zaraz obok. W tym wszystkim to to, że nie możesz zawrócić chociażbyś bardzo chciał, krzyczał płakał śmiał się, mogłeś zgubić swoje buty to wtedy idziesz boso, ale idziesz kurwa mać idziesz i nikt Ci nic nie powie, słuchasz nie słuchasz, kawa papierosy muzyka to było to jest to będzie, będziesz Ty on ona razem osobno niewiadomo, “co komu pisane” tak usłyszałem. Wszystko piękne gdy nas tam niema a potem jesteśmy i niewiadomo co to jest czy to tak chcieliśmy by było, co ja chciałem żeby było a może nic, żeby ktoś coś za mnie, żeby samo przyszło i było bo kiedyś ktoś był i wtedy kiedyś ktoś z kimś nie zastanawiał się jak to jest. A potem życie się kończy i może ktoś spojrzy w to życie, napisze książkę. Ku pamięci. Tak żyłem to byłem ja.

Okno na świat bez ciemności.


It’s a tasty burger!

Ostatnio troszeczkę przystopowałem z wszelkiego rodzaju fastfoodami. Jakoś mniej KFC, zero McDonalda itp. W najnowszych tematach na forum Digarta powstał jednak wątek o w miarę starej już reklamie Burger Kinga:


Oglądałem ją jakiś czas temu i zrobiła na mnie wrażenie. Nie wiadomo czy faktycznie amerykanie są tak przywiązani do Whoopera czy jest to tylko zabieg reklamowy. Trzeba jednak przyznać, że reklama jest pomysłowa a jej autorzy napewno mieli kupę zabawy obserwując niczego nie przupuszczających klientów. Ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że Whooper jest naprawdę zajebisty, że ogólnie hamburgery w Burger Kingu są pyszne a takie big maci czy mcroyale nie dorastają chociażby Big Kingowi do pięt ;) Szkoda, że w Lublinie niema a żeby poucztować takimi rarytasami muszę wybierać się do Warszawy.

Kontynuując tematy hamburgerowe i fastfoodowe. NIGDY nie lubiłem żarcia z różnego rodzaju budek z kebabem, hot-dogami itp. Jakoś odrzucało mnie to, choć racjonalnego powodu ku temu nie było. Kebabu nadal nie lubię. Jednak blisko mojej uczelni jest pewna budka z hamburgerami. Bedąc kiedyś bardzo bardzo głodny a mając pustkę w portfelu skusiłem się na hamburgera z serem za 5 zł i… i był to strzał w dziesiątkę! Chrupiąca bułeczka, sałatka, zajebiste mięsko majonezik keczupik, no bajka. I ta przystępna cena. To dowód na to, że warto korzystać z doświadczeń innych osób (dzięki Kozak).

Podobno KFC w Lublinie ma małe obroty. Dziwne to patrząc przez pryzmat tego, że KFC w lublinie jest jedno, i kiedy by się tam nie przyszło ktoś tam coś spożywa. No ale takie wiadomości od Mundka do mnie dotarły.

Może to jakieś ogólnopolskie problemy finansowe tej korporacji? Ostatnio widziałem plakat jakoby można było mecze naszej reprezentacji oglądać w siedzibie kurczaków za friko. Brakuje tylko piwa w menu, chociaż jak dla mnie to zupełnie nie miejsce na taką posiadówkę. Z innych ciekawych ale jak dla mnie nie trafionych rzeczy jest konkurs tenisa na konsoli Wii, oczywiście rozgrywany w KFC. Poco to komu? Nie wiem. Fast-food to dla mnie miejsce gdzie mam zjeść coś dobrego a nie bawić się w pierdoły.

Przyszła wiosna, świeci słońce, KONIEC STAGNACJI, koniec depresji.


dżoło.

Grunt to zawsze szukać różnych rozwiązań, nawet w sytuacjach kiedy teoretycznie zostało zrobione już wszystko w danej kwestii a nie osiągnięto tego co się zamierzało. Nie inaczej jest w medycynie, kiedy jeden lekarz mówi “to wszystko. nic więcej nie można już zrobić” a inny “spróbujmy jeszcze tej opcji”.

Byłem wczoraj w Katowicach u pewnego lekarza z Mongolii. Właściwie bardziej pasującym do niego określeniem byłby znachor lub nawet szaman. Wizyta ta była podyktowana sprawą mojego prawego ucha, gdzie na chwilę obecną konwencjonalna medycyna nie ma recepty na poprawę. Jednak medycyna dalekiego wchodu nijak podobna jest do tej naszej, zachodniej. Czym innym się leczy, co innego się leczy, inaczej podchodzi się do leczenia. Wszystkie problemy zdrowotne to nie zaburzenia konkretnych organów, to zaburzenia przepływu energii w organiźmie, zanieczyszczenie organizmu. Dlatego też medycyna wschodu stara się leczyć źródło, ten początek z którego wszystko co złe wynikło.

Moje ucho zostało otwarte na medycynę niekonwencjonalną.

Dżoło

To powyżej to dziwne chińskie mieszanki lecznicze. Nie mam najmniejszego pojęcia co to jest, gdybym umiał czytać po Chińsku to może zrozumiałbym co jest w tych pudełeczkach, natomiast co jest w foliowych torebeczkach na zawsze pozostanie niewiadomą gdyż zapewne jest to sekret owego szamana. Jedno jest pewne, wywar z tego proszku jest straszny w smaku. Mogę śmiało powiedzieć, nic gorszego w życiu nie piłem. Cóż, ma to oczyścić organizm, przywrócić równowagę energii. Zobaczymy. Jest czas.


Zabezpieczony: tego szukałeś?

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić poniżej swoje hasło:


Zimowe zmagania

autko1

Obudziłem się dzisiaj rano i była piękna pogoda. Zimowa, śniegu nasypało. Była to więc świetna okazja by pojechać na działkę, zobaczyć co się zmieniło no i posiedzieć sobie w zimowym krajobrazie a przy okazji pozwolić psu się wybiegać. Wszystko super gdyby nie to, że śniegu po kolana i w pewnym momencie, niestety, puff, samochodzik się zakopał… Paredziesiąt minut przebierania łopatą aby jakoś wyjechać pokazało mi jak po różnych pobytach w szpitalach wyjałowiłem z energii swój organizm :P Na dodatek pies durny, nie chciał wrócić, znalazł w stawie na w pół zdechłą rybę-lub-coś-takiego więc uciekał z tą “zdobyczą” kiedy ja styrany chciałem tylko jednego -> do domu…

Pomijając jednak te drobne problemy, sobota była fajna. Wiekszość znajomych celebruje dzisiejsze święto, tak, nie inaczej a Walentynki właśnie. Nie mam z kim więc nie obchodzę ;) A szkoda bo chętnie bym komuś jakieś pluszowe czy też czekoladowe serduszko dał. Może za rok.

Parę słów jeszcze o blogu -> uporządkowałem trochę tagi i kategorie notek, aby łatwiej było odnaleźć różne rzeczy bo pamiętam gdy ktoś kiedyś zapytał “miałeś na blogu taki fajny teledysk a niemogę znaleźć”. No to może teraz będzie prościej.

Wracam do logiki bo mi ucieknie w poniedziałek…


Ihahuha

No no, poszczęściło mi się, tydzień w domku będę mógł spędzić sobie. Tak długo dawno w domu nie byłem. Jeszcze nie tak dawno temu wydawało mi się, że mam tu do kogo wracać, a właściwie chciałem do Kielc przyjeżdzać aby móc zobaczyć się z kimś, ale teraz, teraz jestem tu dla rodziny i tylko dla nich. Dla siedzenia w swoim pokoju, który jest tylko mój i czuję, że jest mój, otoczony wszystkimi swoimi rzeczami gromadzonymi przez lata, układanymi tak by pasowało wszystko. W kompletnym chilloutowaniu się przeszkadza tylko widmo poprawki dnia 16 lutego, ale, tym razem ogarnę.

Pomyślałem sobie, że mając tyle wolnego czasu, czytaj tydzien w domu, posprzątam. Posprzątam sobie najpierw pokój z gromady niepotrzebnych mi już rzeczy które tak leżą. Bo wsród perełek sporo mam tu śmieci a śmieci się wyrzuca nie gromadzi. Pójdę do fryzjera, żeby zrobić porządek na głowie. A na końcu zwyczajowo będę próbował znów posprzątać sobie W głowie. Szkoda, że zawsze układam sobie tam wszystko sam. “Poukładaj mnie a ja zapuszczę w Tobie korzenie” – tak Fisz śpiewał, ja też bym tak chciał, żeby ktoś mi pomógł się układać w życiu.

Co jeszcze. Ten blog się zmieni. Czasem mam wrażenia, że te ślepia tutaj wciągają mnie w odchłań brudnych myśli a potem wydostać się z tego trudno. Zmieni się zarówno wystrój bloga jak i tematyka. Mniej o mnie samym, więcej o tym dookoła mnie. Zresztą, okaże się jak będzie, zawsze miałem wiele pomysłów, w 90% nigdy nie zrealizowanych. Ale możecie trzymać kciuki, żeby tutaj wyszło.

The Postal Service. Oglądałem filmik na YT o układaniu kostki rubika gdzie w tle leciał kawałek “Such Great Heights”. Słucham teraz od pewnego czasu tego zespołu i traf chce tak, że jak włączam go to za oknem wychodzi słońce. Teraz świeci a mi jest miło.

Spędziłem wczorajszy dzień w Warszawie. Pewne obserwacje skłoniły mnie do refleksji o związkach i podstawie ich budowania, ale to temat na dłuższe rozważania.

Chciałbym kogoś przytulić, pójść na spacer. Ostatnim razem jeszcze też świeciło słońce.


Ptaszki


Fru Fru Fru

Żyję  T U, obsesyjnie zmotywowany by być doskonały, mimo niedoskonałości samych w sobie, przez ludzi lubiany i szanowany.

W moim świecie ptaszki mają futerko a nie mają skrzydełek.

SESJA KURWA


dziki teatr

To były Kielce. I bez wątpienia był to Plac Wolności. Tylko jakiś dziwny, wykrzywiony. W jednym miejscu stała dziwna kamienica, wąska, otynkowana na czarno, z groteskowymi oknami, zapadającym się dachem, wysoka na pięter chyba z pięć. Dziwny napis po łacinie nad wejściem nie był przezemnie zrozumiany. Staliśmy tak z moimi najważniejszymi w życiu przyjaciółmi przed wejściem do tego dziwnego miejsca. Pamiętam kto stał, i wydaję mi się właśnie, że to Ci o, których z czystym sumieniem mogę powiedzieć “przyjaciele”. Była też dziewczyna, ta najważniejsza w moim życiu, stała obok mnie, uśmiechała się i rozmawiała z pozostałymi, i wtedy zrozumiałem już, że to sen.

W środku były stoliki. Był półmrok, ale nie taki kiedy schodzisz do piwnicy. Bardziej coś w stylu ledwie przdzierających się promieni słońca przez grube stare i zakurzone zasłony. Czarne krzesła, przy czarnych stolikach, nie wyraźny mężczyzna za barem, dym papierosów jak dywan pod drewnianym sufitem. “Sztuka niedługo się zacznie, proszę usiąść, napić się czegoś przed seansem” powiedział jakiś głos. Siedliśmy i zaczeliśmy pić, dla wszystkich to było takie naturalne tylko ja rozglądałem się zastanawiając co to jest.

Bo to był Teatr. Nie żadna stara knajpa ale Teatr. Gdy wszedłem na salę, wszystko było jak z krzywego zwierciadła. Ponure, straszne, mroczne, a jednocześnie dało się odczuć fakt, że to nie jest poważne, że siedzisz w miejscu, które ma Cię zaskoczyć, bo jesteś widzem, a tutaj odgrywane są rzeczy mające przypominać rzeczywistość. Groteskowe.

To był piękny sen. I piękny Teatr. Gdybym kiedyś miał zbyt dużo pieniędzy to coś takiego chciałbym mieć. Jedyne takie miejsce. Potem sen przerodził się w jakieś bzdury, przez moment kiedy obudziła mnie pielęgniarka żeby podpiąc kroplówkę. Nie wiem gdzie poszli przyjaciele, gdzie poszła Ona. Czasem próbuję interpretować jakoś sny, odnieść do rzeczywistości to co próbuje pokazać mi mój umysł. Może zaniedbuję, niektórych swoich przyjaciół. Może ten Teatr miał pokazać, że wszyscy gramy w jednej wielkiej sztuce jaką jest życie? A grając powinniśmy zmieniać swoje role. Podświadomość stawia Ją obok mnie. A może po prostu to sny, wytwory mózgu, splot różnych myśli i chorej wyobrani, które nic nie znaczą a poprostu są. Pewnie tak.

Lubię snić. Te wszystkie światy mojej wyobraźni.

Tam jestem szczęśliwy, tam nikt mnie nie goni, tam ja nikogo nie gonię, za niczym i za nikim nie tęsknię.

Mój Teatr. Moje Sny.


rakieta na mount everest

RakietA

To jest moja rakieta. Zabierze mnie tam gdzie normalnie nie umiem się dostać.

Czasem nie wiedzieć jest lepiej. Tkwić w swoim wyobrażeniu, że jest jak jest może ok może nie, ale mieć swój pogląd. Niepotrzebna jest dokładna wiedza o innych. Ale wiedza przychodzi, czasem samemu z jakiś bzdurnych przyczyn się jej szuka, albo ktoś “uprzejmy” powie Ci co i jak.

Jestem taki zawiedziony. Żal? Przykrość? Dezorientacja?

Nie mam wpływu. Wierzyłem, że jest inaczej. Zawsze wierze.

Wole wierzyć, po huj wiedzieć.

Dzisiaj chcę zwinąć się w kłębek i płakać albo kurwa, huj nic nie chcę, niech mnie ktoś zabierze do innego świata, takiego gdzie o niczym się już nie pamięta i z którego niema powrotu.

I papierosy się skończyły.


żyje poto żeby żyć

rachuneksos

Pierdolę, ograniczał się nie będę, złe newsy zniweluję a poradzę sobie tym, oh god bless KFC!

Wyjdę stąd, wyjdę stąd już za jakiś czas a wtedy wszystko ułoży się dobrze bo musi.

TO NIC TO NIC TO NIC TO NIC



Masz tu proszę pośpiewaj sobie ze mną. thx Łucja.


nowy rok

Nie wiem jak określić miniony już rok. 2008 to było wiele różnych momentów, wiele różnych chwil, ważnych prób, wiele nowych sytuacji w jakich postawiło mnie życie. Matura, Irlandia, wakacje, które nie były wakacjami, Lublin, rozpoczęcie studiów, nieudane próby naprawy uczuć, plany, które nie wyszły… Bardzo, bardzo szybko zleciał. W głowie mam to samo, co roku życzę sobie tego samego. Witam rok 2009 w szpitalu, ale nie jestem smutny bo spoglądając wstecz teraz mogę sobie życzyć, żeby było tylko lepiej. Dla mnie najważniejszym życzeniem jest powrót do zdrowia, oraz to, którego nie wypowiem, a które będę trzymał w swoim sercu, bo tak widocznie musi już być, rok za rokiem, dniem za dniem.

Dzięki wam moi przyjaciele, za to, że jesteście. Marcin, za to, że mogę podzielić się z Tobą każdą moją myślą, że jesteś prawdziwym przyjacielem, który nie boi się opierdolić kiedy robię źle. Dzięki, że mimo kilometrów przyjaźn trwa. Przepraszam ludzi, którzy się na mnie zawiedli, nie potrafię sprostać wszystkim wymaganiom, które przedemną stawiacie. Chciałbym wymienić tu wszystkich ale każdy kto w jakiś sposób towarzyszy mi w życiu wie jak go cenię. Bedę z wami w nowy rok.

Żyjcie tak jak chcecie żyć. Czerpcie garściami z tego co świat oferuje. Każdemu według jego potrzeb. Taki powinien dla nas wszystkich być ten nowy, mam nadzieję lepszy rok!

No i miłości. Mimo że “gdy serduszko kocha to rozumek niema nic do gadania”.

Ale.

Za mądrzy byśmy byli ;)


chwila zwątpienia

Przyszedł dołek. Nie, nie powiem, że zaatakował niespodziewanie bo jego przebłyski tliły się gdzieś w zakamarkach głowy od dłuższego czasu. Samotne godziny jednak nasilają poczucie wszecobecnego zwątpienia, kiedy przez tyle godzin moja głowa może nie nipokojona przez nikogo tworzyć myśli o tym o czym ja już nie chcę myśleć…

Wojskowy Instytut Medyczny, miejsce w którym obecnie i przez najbliższe pare dni jeszcze będę się znajdywał to moloh. Nie miałem okazji (i obym już więcej nie miał) przebywać w tak ogromnym szpitalu. Nie wiem ile jest tu sal, oddziałów, pracujących ludzi, lekarzy czy chorych. Pewnie masa. Leże na sali patrzę jak słońce wędruje po niebie i odliczam tylko czas, żeby stąd wyjść. Odpukać w niemalowane, jest lepiej. Codzienne zabiegi w komorze hiperbarycznej są fajne, najpierw kompresja do ciśnienia 2,5 atmosfery a potem oddychanie czystym tlenem. Oczyszczenie orgnizmu i natlenienie wszystkich tkanek. Potem cały dzień na kroplówce, leki rozszerzające naczynia krwionośne i witaminy aby przywrócić mi normalny słuch. A potem noc, i kiedy niemogę w ogóle zasnąć, papieros za papierosem w toalecie dla pacjentów, i dalej, próba spania i miliony tych wszystkich pierdolonych myśli, flashbacków, wyobrażeń przyszłości, marzenia, świadomość ich niespełnienia. Nie. Niemogę długo tak przebywać bez ludzi, których lubię. Fizyczna samotność pokazuje mi, że jestem sam. Na duszy.

Sylwestra też tu spędzę. Nici z dobrej zabawy na krakowskim rynku, z moimi przyjaciółmi, z którymi tak bardzo chciałem się spotkać a z którymi tak dawno się nie bawiłem. Nie wiem kiedy znowu będzie taka okazja. Luty może marzec. Sesja idzie. Idzie sesja a ja nijak czuję się do niej przygotowany. Nie chcę zawalić, bo byłaby to porażka co prawda moja personalna, ale okazałoby się prawdą to co wyrokowali niektórzy, że ja do niczego się nie nadaję. A nie chcę dać im satysfakcji by mogli powiedzieć “mam rację”. Tak samo nie chcę zawieść tych, którzy we mnie wierzą.

Coś jest nie tak. “Grzebię w trupie” jak Ty to mówisz Marcin. Większość ludzi łatwo adaptuje się do nowych sytuacji, do zmian przed jakimi stawia ich życie. Ja mam z tym problemy. Nie mówię o tym co proste, zmiana miejsca zamieszkania, przyzwyczajeń, znajomych itp. To jest łatwe. Mam tylko takie poczucie, że mój rozwój duchowy się zatrzymał, że emocjonalnie cały czas jestem przywiązany, tylko, że jestem przywiązany do czegoś, czego dawno już niema, zmieniło swoje miejsce, jest, ale to ktoś inny. Podziwiam tych, którzy potrafią z podniesioną głową iść do przodu, którzy podnoszą się po porażkach, szukają nowych sposobów na swoje życie, nowych partnerów, samodoskonalą się w różnych dziedzinach. Ja tęsknię, i wiesz, tęsknię wciąż i marzę sobie i zamykam swoją głowę.

Nikt mi tam nie wejdzie.

I nie potrafię sobie pomóc.


miliony myśli

Przepływają mi przez głowę tak jak krew w żyłach, powietrze w płucach, woda w rzece. Cicho, głośno, coś przemilczę, coś wykrzyknę. Tyle rzeczy chciałbym powiedzieć, a o tylu porozmawiać, tyle tematów. Co robiłem, co widziałem, o czym myślałem. A siedzę cicho, milczę bo tak naprawdę z kim o tym wszystkim?

Myślę, że wiesz. Chociaż przecież mylić się mogę bo kto nie jak każdy. Jestem dziwny. Czasem się zastanawiam ile razy moje światy upadną, od czego się zaczną nowe. To jak litery w alfabecie, gdzie A jest najważniejsze. Tak i tutaj światy, każdy z inną literą na początku. Miałem taki, z literą A. Budujesz zdania, spórbuj zdanie bez litery A. Nie wychodzi? Nie rozumiesz. To tak jak moje światy bez tego A, niekompletne jakieś takie, w bałaganie, chore. Nauczyłem się z tym funkcjonować. Może sobie wmawiam.

Ale jak złożyć zdanie bez litery A?

Miliony myśli.


life tastes great

Czasami nie mogę się oprzeć. Mam kilka takich rzeczy w życiu, nieważne co dookoła, moje małe radości. Nie wyglądam na żarłoka, ba, jestem chudy, za chudy chyba jak na faceta z mym wzrostem i mym wiekiem, ale tak jest, a ja lubię jeść. Jedną z pierwszych rzeczy na jakie jestem w stanie przeznaczyć swoje pieniądze jest jedzenie. Był finał You Can Dance, siedliśmy sobie, oglądaliśmy, a ja miałem swój Kubełek Classic z KFC i byłem zadowolony. Może to zwykłe, może to standardowe, może zaślepiony jestem reklamami, światem przepełnionym konsumcjonizmem, może ktoś powie, że to syf, że przecież sam zrobiłbyś sobie lepszego kurczaka, okej. Robię to co lubię. Cieszę się, że Viola wygrała.

Co odczuwasz? Czy kryjesz coś przed innymi ludźmi po to by myśleli o Tobie inaczej niż mogliby pomyśleć nad prawdziwym Tobą? Świat jest jaki jest a jedyne co możę ciągnąć nas zawsze do przodu to życie w zgodzie z samym sobą. A jeżeli trafisz kiedyś na człowieka, który w pełni zaakceptuje Twoje prawdziwe jestestwo, to świata już nie trzeba będzie zmieniąc, bo to co najbliższe stanie się całym Twoim światem.

Daft Punk – Voyager



wschód!

Nietonie, łikend jeszcze się nie skończył, ale już mogę powiedzieć, że był gruby. Pan Mróz oraz Dejwid.T przywieźli ze sobą z Krakowa pokłady braterstwa, które rozbudziły zdecydowanie moją chęć do imprezowania. I było. Co prawda nie wszyscy dopisali ale liczą się Ci co byli i kij w oko reszcie. Chciałbym przy okazji podziękować sklepowi dopalacze za otwarcie swojej filii w LbN.

Jak to mówią “braci się nie traci” a wy utwierdziliście mnie w tym przekonaniu. Przyjdzie pora przywitać KrK : )

PS Jeśli zginę to dlatego, że fotka do tej notki jest bez autoryzacji osoby na niej się znajdującej : <


niesamowiciejakwspaniałymożebyćświat.

Kto mnie zna ten mnie zna, kto myśli, że zna ten będzie dalej myślał, że zna, a kto w ogóle mnie nie zna a chciał coś napisać to tak też zrobił. Nie zawiedli mnie Ci po których spodziewałem się, że się nie zawiodę. Poza jednym smutnym wyjątkiem ale, takie jest życie, i taka też była koncepcja tego ostatniego: dowiedzieć się więcej.

Wracając dzisiaj z uczelni (wyjątkowo nie mając na uszach bariery dzwiękowej) przysłuchiwałem się rozmowie młodzieży gimnazjalnej. Wyraźnie musiało to być jakieś dobre gimnazjum gdyż podekscytowana dziewczyna i podekscytowany chłopak prawili o szalenie nośnej plotce szkolnej jakoby w ich gimnazjum pojawiły się grupki, uwaga, wciągające tabakę! Dziewczyna opowiadała, że widziała pojedyńcze osoby, ale nie mogła dowierzyć swojemu koledze, że są to już całe grupy. Była wyraźnie poruszona tym faktem, toż to narkomania.

Przypomina mi się moje gimnazjum, pierwsze papierosy na garażach, pierwsze pudełka tabaki Red Bull wciągane po kryjomu w szkolnym kiblu. Młodzieżowa zabawa, coś co dawało namiastkę dorosłości. Zresztą więcej tego wszystkiego było, tanie wina gdy nie chciało się NIC nie robić na ławce, robienie sobie marmolady z mózgu tylko poco? Najpiękniejsze chwile jakie mam w głowie to właśnie ten okres dorastania, bycia głupim pseudo-dorosłym, kiedy jedynym problemem było “jak nie być cały dzień w domu aby rodzice się nie dojebali”, żeby robić to na co się miało ochotę. Narobiłem sobie problemów, ale zawsze chciałem być dobrym chłopakiem, nie robić nikomu krzywdy, samemu sobie też nie. Ale w tym wieku to nie wychodzi.

Jestem starszy, niby jakieś doświadczenia wykute w głowie, pierdoły dobrze okej. Zmieniłem podejście, przymknąłem się w sobie samym. Złe jest to, że nie mam kluczyków od pewnych kłódeczek. Bo w pewnym momencie, kiedy odwróciłem się na pięcie od wszystkich i wszystkiego to wyjebałem klucze gdzies daleko za siebie. Fajnie było, ale został z tego problem. Jak znajdziesz moje kluczyki to daj znać.

Mam pomysł na różowe chmurki i fioletowe słońce. Nawet nie wiecie jaki piękny świat jest przez takie okulary.