„Ludzi trzeba brać takimi, jacy są, a nie takimi, jacy być powinni” (Franz Schubert)

Prywatne

Totalbrainostalgiafuck.

Milion myśli. Tyle ich płynie przez głowę, a tylko na kilku zatrzymuję się na chwilę. Chwila, która trwa długo. Uderzyła nostalgia, strasznie i przeraźliwie. Czy to ten nowy timeline na fejsie, czy może okoliczności kilku ostatnich dni. Na pewno też. To ta ziemia to osiedle, taki klimat miejsca gdzie się wychowało gdzie każdy zakamarek jest Twój chociaż, trochę się zmieniło ale i tak tajemnicy nie ma. Najważniejsze lata okresu dorastania – to tu. Chociaż większość czasu spędzam gdzie indziej to tu najmilej się wraca, i zawsze będzie.

Ale, dzisiaj wigilia 24 grudnia. Bez śniegu, deszcz. Anno Domini 2011. Za rok prognozują koniec świata. Spotkać się więc w 10 chłopa w ten pic na podwórku, zapalić kiepa i pogadać o życiu – to nasza wigilia. Nostalgicznie bo każdy niby się tam zmienił ale tak naprawdę to gówno nie zmiana bo jaki kto był taki pozostanie.

A oba dni wcześniej, impreza na bogato co pokazuje jak latka lecą i możliwości ma się większe a i tak chodzi o to samo. Cieszyć się i nie przejmować. Jak zwykle.

Gorzej z tym nie przejmowaniem się. Niby człowiek starszy, więcej rozumie, swoje przeżył, pouczył się na błędach swoich i cudzych a i tak wpada w taką samą pułapkę, dokonania błędnej oceny i złego wyboru. I się przejmuje.

No bo jak się nie przejąć, kiedy kolejny raz z rzędu, zajebista dziewczyna, która wydaje Ci się wyjątkowa w każdym calu, robi coś, czego ni huja się nie spodziewałeś. Ergo, cały Twój plan na „w końcu fajną i zdrową relację z kimś extra” idzie w pizdu. Kminienie nad tym powoduje tylko więcej frustracji, obczajasz. Nad błędami się zastanawiasz, przyczynami a może jakieś fatum, kurwa, możliwe przecież.

A tak naprawdę laska Cię po prostu wyrolowała…

Który to już raz…?

Niech spierdala.

PS Jeżeli ten sylwester będzie taki gruby jak ostatnie dni, to czekałem na niego dobrych kilka lat.

 

 


Letni Dzień

Są takie dni jak wczoraj kiedy wstaję bardzo wcześnie rano, spoglądam na zegarek, chwilę potem na plan zajęć i mówię sobie „nie, hola hola, pośpij te 2 godziny dłużej”. Te dwie godziny dłużej bardzo często zamienia się w Letni Dzień. Spanie zdecydowanie dłużej, wypicie wczesnej kawki i pierwszego śniadanka o godzinie 12:00. Wczoraj był pierwszy Letni Dzień, kiedy można było nic nie zrobić. Kanapa. Balkon. Gorąco, 35 stopni czy coś bo słońce praży miło przypieka skórę. To Miami. Miami Watykan. Watykan, moje nowe mieszkanie (od września nowe). Jeden dzień na kontemplację pięknej pogody, świeżej zieleni która dopiero co się pojawiła.

Lato powróciło mi chęć do życia. Do aktywnego działania. Może to słowa na wyrost, bo tak jak byłem leniem tak leniem jestem i niektórych rzeczy nie chce mi się robić ale kiełkuje we mnie potrzeba by nie popaść w stagnację, by robić nowe rzeczy. Jedna decyzja jakiś czas temu, co do której nie miałem pewności czy słuszna czy nie, decyzja którą trudno było podjąć teraz objawia się jako „ta dobrze podjęta decyzja”. Kurwa. Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu. I perspektywa, perspektywa tego lata wydaje się nader obiecująca. Jest poco, jest dlaczego, może przyszłość wcale nie będzie taka szarobura jak to malują w Polityce czy internecie. Postarać się.

Ale ja przecież zawsze się staram gdy mi zależy.


Stokrotki

Jakiś czas temu, autobus, godzina 20 z kawałkiem, już ciemno. W uszach słodkie dźwięki, w żyłach dym. Zamykam oczy. Flashback. Jezus Maria! Rok wstecz. Czuję dokładnie czuję zapach gorącego kurzu zmieszanego z piaskiem. Wiatr znad zalewu. Kacha coś krzyczy, Lu. coś mówi. CZUJĘ TO. Nie żebym to tak o sobie przypomniał. Czuję. Najfajniejsze momenty zeszłego roku skumulowały się w kilkunastusekundach. Otwieram oczka. Spocony. Rączki się trzęsą. Boże jakie to było piękne!

Dużo się działo. Ostatnio. Dużo niemiło. Kurwa. W ogóle powinienem się inaczej czuć. Jakiś smutek? Wewnętrzne rozżalenie? No powinno powinno. Ale ja sobie siedzę. Papierosek. Kawa. Papierosek. Mam wyjebane. Nie mów do mnie, to ja Ci opowiem. Nie chcę Cię słuchać. Nie chcę słyszeć tego Twojego pierdolenia, które uważasz za takie odpowiednie bo przecież to prawda, mówisz z głowy frazesy, że to że tamto. No to nie słucham. Mam wyjebane. Mówię coś, dużo mówię, tyle pięknych słów układam, no kurwa poezja by się młoda polska nie powstydziła. Nie słuchasz mnie, wiem, przyzwyczaiłem się.

Łzy napłynęły jej do oczu. To takie niesprawiedliwe, Bartek to takie niesprawiedliwe czemu tak jest?

Próbowałem się nad tym zastanowić. Czy to jakaś karma jest, może miałem poprzednie życie, gdzie coś zjebałem i teraz jest jak jest? Ale przecież nie miałem, to takie pierdolenie, w kamień mojej duszy nikt nie zamknie kiedy serce mi rozjebie. Może teraz żyję źle? Aha to szkoda, przepraszam bo ja inaczej nie umiem, to może ja się wypiszę, problemów więcej nie będziemy robić?

- Nie będziemy. Skreślimy panu ten ostatni miesiąc.

 


Były już takie dni.

Kiedy siedziałem sam ze sobą i z wewnętrznymi rozterkami. W oczekiwaniu czy może w zawieszeniu bardziej, przy monitorze, z herbatą w ręku, papierosem w ustach, muzyką w uszach. Pełno było takich dni. Na zewnątrz normalnie, bo nikt nie umarł, bo nie wykryto u mnie choroby, bo pieniążki są, bo wszystko jest. Kiedy udawał, że się trzyma a dusza mu wyła. Ktoś mi usiadł na klatce piersiowej i lekko przydusza, oddech jeden drugi trzeci raz dwa trzy wdech wydech, mało powietrza, mało, nie mogę w pełni.

To wszystko wynika z nadwrażliwości. Zawsze chciałem odczuwać mniej od innych, mniej się przejmować. W końcu życie co chwila będzie przynosiło wątpliwości i rozterki, nigdy nic nie będzie szło gładko i stuprocentowo po mojej myśli. Miałem nadzieję, że moje zawieszenia w przestrzeni uczuć odleciały bezpowrotnie wraz z pierwszym prawdziwym uczuciem. Myliłem się kurwa. Bo to wraca, zawsze kiedy zaczynam coś do kogoś czuć.

Oczywiście. Maska i uśmiech. No bo jakżeby inaczej? Pokazać się ludziom od ciemnej i smutnej strony? A na huj? Co oni zmienią? Co oni pomogą? To kurwa nie jest bolący ząb -> „pójdę sobie do dentysty, zawierci i naprawi”. Nikt Ci nie pokroi na kawałki duszy, nie wytnie wątpliwości czy innego syfu. Odłamkowy ładuj -> alko, proszki, tak byle nie myśleć. A potem rykoszet bo jeszcze gorzej.

To już kolejny raz. Kolejny raz kiedy rozsypuję się w moim najgłębszym środeczku serduszka.


2011

Nic o świętach. Nic o nowym roku. Brak podsumowania starego. Cozzie, heloł! Nie piszesz już nawet o tym jakie Twoje życie jest hujowe, pełne niepowodzeń. Co z Tobą facet? Wszystko się układać zaczęło a o dobrym niema co pisać?

No tak. Bo na co by tu ponarzekać? Przecież większość problemów tworzymy sobie sami. Ludzie z prawdziwymi problemami nie mówią o nich, nie piszą na stronie www o nieszczęściach. Cała reszta to narzekanie, bo narzekanie jest łatwiejsze niż praca, wysiłek i DZIAŁANIE aby było lepiej.

Nie jestem wyjątkiem. I w zasadzie na nic nie mogę już ponarzekać, jak tylko na swoje uczucia, które jak zawsze rozpierdalają ułożenie pozostałych elementów układanki zwanej życiem. Studia studiami, życie towarzyskie życiem towarzyskim, rutyna i codzienność, byle do weekendu. I totalny brak ognia w sercu.

I tylko co jakiś czas, ktoś o kim marzyłem dnie i noce rozpala mi ogień, i pali pali pali następne minuty i godziny, kolejne dnie i noce, a ja nic nie mogę zrobić.



Pełnia czasu.

Nie pamiętam kiedy zacząłem marzyć. Robić sobie w głowie wymarzone światy, jestem superbohaterem, multimilionerem, paladynem zakonu słońca, kosmicznym imperatorem, chłopakiem swojej wymarzonej dziewczyny. Zamykam oczy i jestem w miejscach, których niema i nigdy nie będzie. Marzę i zasypiam i znikam i budzę się tu i teraz w szarej rzeczywistości i tak z minuty na minutę z godziny na godzinę z dnia na dzień i z roku na rok czas leci i nie zmienia się nic. Alkohol, trawa, rpg, ucieczki od bycia tym kim jestem, znikanie i pojawianie się, flashback przebłysk, bo nigdy nic nie dzieje się tak jak bym chciał, wszystkie plany coś pierdoli, romantyczny sen o życiu bez problemów żeby trwał jak najdłużej.

To podobno jest w życiu najpiękniejsze, że żyje się raz, że nie można nic cofnąć, że raz podjęte decyzje do końca nas prześladują. Gdzie jest kurwa reset, gdzie jest magiczne new game, zrobię to jeszcze raz to wyjdzie lepiej, nie, tym razem tego nie spierdolę bo wiem jak powinienem, ta droga to nie był mój path, spróbuję tędy. Czemu o wehikule czasu mogę tylko myśleć i już nic z tego co zrobiłem nie mogę zmienić?! Co jest w tym pięknego, że odwracasz głowę a tam te Twoje porażki które powielasz i powielasz i nie wiesz co dalej i boisz się podejmowania jakichkolwiek decyzji bo kurwa znów coś się spierdoli.

Jest coraz lepiej. Nic się nie pierdoli. Gładko do przodu. Bez poprawek.



Perspektywy

Stuknęło mi na karku 21 lat. Właściwie to jeszcze nie, pierwszy września jest dopiero za 2,5 godziny ale to już prawie. Oczko tak zwane, kolejna po 18 duża okazja do świętowania. Nie wiem skąd się to wzięło, czemu oczko, czemu akurat 21. Bo 3×7 a 7 to szczęśliwa cyfra? Nie dociekam.

Wiele osób, w tym moi rodzice, uważa, że będąc studentem, mając ileś tam lat, powinno się już być osobą dojrzałą emocjonalnie, osobą która poważnie myśli nad swoją przyszłością oraz jako tako wie jak żyć. Ja natomiast nie wiem. Nie mam pojęcia jak mam żyć, nie mam pojęcia jaka będzie moja przyszłość, nie potrafię też pracować nad sobą by spełniać zewsząd stawiane mi wymagania. Jestem strasznym frustratem wkurwia mnie wiele rzeczy. Najbardziej w tym wszystkim wkurwia mnie to, że potrzebuję pieniędzy. Że brakuje mi pieniędzy. Że tyle o ile nie klepię biedy to przydałoby się więcej więcej i więcej. Bo samochód co chwila się sypie, bo aktualnie komputer się sypie, bo fajnie by było nie musieć oszczędzać oraz móc pozwolić sobie na więcej przyjemności. Ale skąd ja mam wziąć pieniądze? Od nikogo nie dostanę – rodzice i tak już wystarczająco na mnie harują. Praca – fajnie by było pogodzić pracę ze studiami. Ja póki co nie potrafię sobie poradzić nawet z samym studiowaniem. Studiuję i gówno z tego mam. Oh wiedza. No zajebiście, wiedza wiedza wiedza, fajnie dużo wiedzieć. Ale kurwa, co z tego, że fajnie kiedy wszystkie gazety mówią, że magistrowie po studiach nie mają roboty. Albo mają. Za 1500zł, na kasie w biedronce. To demotywuje. Ha, no niby za dobrą naukę są stypendia. Super, że są. 400zł za średnią 5.0. A na średnią 5.0 trzeba albo konkretnie zapierdalać albo mieć farta. Ja farta nie mam, zawsze byłem pechowcem, a zapierdalać jak mały motorek, nie mieć życia prywatnego tylko po to by dostać 400zł za które nawet mieszkania nie opłacę… Nie, to mnie nie mobilizuje, to mnie demotywuje dodatkowo. Muszę zdać egzamin. Wiem, że muszę. A nawet nie potrafię się za to zabrać.

Wszystko kręci się dookoła kasy. Całe życie współczesnego człowieka. Nie masz kasy – jesteś nikim i wart dosłownie tyle co gówno. Masz kasę możesz wszystko, robić to co chcesz, spełniać marzenia, realizować pasje. Tak wszystko, a jak mi ktoś będzie pierdolił o takich rzeczach jak „wartości niematerialne” to niech spierdala. Bo za pomocą kasy mogę sobie zapewnić też spokój ducha. Tylko muszę ją mieć. A jak to zrobić w tym kraju? Gdzie władza kradnie o oszukuje, i nieważne czy to PiS czy PO, prawica czy lewica. Władza oszukuje, ludzie oszukują. Ludzie kradną bo mogą. Politycy kradną bo mogą. Sądy są niesprawiedliwe, ręka rękę smaruje. Trzeba mieć tylko znajomości – wtedy można nic nie robić jakaś posadka zawsze będzie. Pół biedy, niech sobie rząd kradnie z podatków, tylko nie pozwoli ludziom robić to na co mają ochotę. A tu nie! Chciałbym sobie posadzić krzaka marihuany. Albo dwa lub trzy krzaki. Tak na własny użytek. Byłoby fajnie bo zielsko jest relaksujące. Plus zawsze jakiś zastrzyk gotówki ze sprzedaży znajomym. Ale nie mogę. Bo jakieś kurwy w rządzie tak twierdzą. Że to są narkotyki. Że zło. Pewnie, że zło, zło dla tych pizd, którzy mają kasę od mafii byleby tylko wszystko delegalizować. Mafia zajmuje się nielegalem, im więcej nielegalnych rzeczy tym większa kasa dla mafii. A jak się ma dużo kasy to zawsze można posmarować rękę jakiemuś politykowi. A co.

Może faktycznie jestem do dupy – są przecież ludzie, którzy robią studia, pracują w wakacje, albo pracują i studiują jednocześnie. Jakoś zaliczają te egzaminy, jakoś sobie odkładają kasę. Jakoś to POTRAFIĄ. Ja coraz częściej mam poczucie, że nie potrafię nic – ze studiami krucho, pracować to jeszcze w życiu nie pracowałem więc nie umiem. Smutno mi i źle, narzekam na wszystko, za nic nie potrafię się zabrać. 13 dni do HMSu a ja przez całe wakacje nawet nie ruszyłem tego podręcznika, kiedy wiem, że gdybym sobie powtarzał codziennie jakiś materiał to zdałbym to z palcem w dupie. A nie zrobiłem nic co tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu…

Za dużo myślę za mało robię. Za dużo gadam za mało robię. Ale i tak nie potrafię nic z tym zrobić. 10 osób może mi pierdolić „weź się za siebie, Boże nie marnuj swojego życia!” a po mnie to spływa. Nie wiem czemu. Wracam co chwila myślami do przeszłości, swojej, do któregoś momentu w swoim 21 letnim życiu. I tak sobie siedzę i myślę, jak to kurwa było fajnie, no kurwa było rewelacyjnie ale czemu się skończyło! Bez sensu. Bez sensu, że tak wracam. Przykład taki: wiele dziewczyn mi się podobało, wiele nieskutecznie podrywałem. I bardzo często wracam sobie myślami do nich, i tak myślę „kurwa, no ale ona jest fajna, czemu się nie udało, może by tak spróbować…”. I rozmawiam sobie z nimi, rozmyślam, czy jest jeszcze jakaś szansa… HELOŁ! Normalny człowiek by stwierdził, że to rozdziały zamknięte, o porażkach powinno się zapominać. Ale nieee, nie ja, jestem taki zajebisty, że mogę cały czas myśleć o porażkach i o tym, że a może da się je jeszcze zamienić w sukces. I ta mądra cześć mojej głowy mi podpowiada – nie da się Cozzie, idź do przodu. Szkoda, że moja mądra część uaktywnia się tylko wtedy kiedy o czymś piszę i mówię. A nie wtedy kiedy mam coś robić i prostować swoje życie… I tak wszystko jest do dupy, ciągle zawsze i codziennie a ja boję się, że kiedyś obudzę się bez niczego na ulicy.


SummerTime

Miałem pisać jakiś czas temu. Że rok akademicki dobiegł końca, że wiele rzeczy przez ten czas sobie przemyślałem, że dojrzałem, że jest lepiej, itd. bla bla bla bla bla. Gówno. Niewiele się zmieniło.

Ok, ten rok był sympatyczny bo zacząłem nowe studia, znacznie ciekawsze i mniej stresujące niż poprzednie. Rok był sympatyczny bo wszystko szło też jak po maśle, zaliczenia itd. Źle i ciężko nie było. Ten rok był sympatyczny bo zdecydowanie więcej niż w zeszłym roku sympatycznych ludzi przewinęło się obok mnie. Co prawda byli też ludzie, których nie powinienem był poznać, zjebane chomiki zachowujące się jak gestapo, na których myśl ciśnie mi się na usta tylko „WTF?! ja pierdole…”. Co prawda miłość mnie nie odnalazła mimo, że sam czuję się zakochany (tu powinien być dłuższy wywód na ten temat… ale… nie, nie będzie, nie teraz). Co prawda nie znalazłem żadnej możliwości wzbogacenia się. W totka w tym roku ciągle nie wygrałem. Fail.

Nie wiem co się dzieje. Czuję się wyalienowany. To chyba przez to, że jak tylko wróciłem do CK to czekała na mnie robota na działce. Taczki, łopata, 2 tony ziemi, trawa, grabie, podlewanie. No jest co robić. I mimo, że nie zapierdalam od rana do wieczora, to kiedy codziennie rano budzę się i myślę „kurwa, zaraz znowu na działkę…” to jakoś, no rozbity w huj jestem. Wracam do domu i nic mi się nie chce. Ale kończę, dzisiaj dokończę trawnik i tyle. Potem ojciec weźmie sobie urlop, zamieszka na działce i ja nie będę tam już potrzebny. UFFFFF…

Żyję perspektywą Woodstocku. Bez kitu, zostało jeszcze do tej imprezy mniej więcej 3 tygodnie a ja tylko o tym myślę. Planuję jaki namiot sobie kupić, z kim jechać, co spakować, co zabrać, co będę robił. Tak to jest jak wcześniej nie robi się planów. Chciałbym też jeszcze jeden plan zrealizować ale nie wiem czy się uda – jak zwykle finanse. To smutne, że czasami marzenia są w huj proste a mimo to, żeby je zrealizować potrzebna jest kasa. Za dużo kasy. Nie wiem, może w sierpniu będę zbierał truskawki/banany/kokosy i zarobię. Nic nie wiem.

Czekam tak sobie a dni płyną. Egzystencja, wegetacja, alienacja. Kurwa mać.


fikcja

58 godzin minęło. 58 godzin miało wystarczy. Niestety, 58 godzin temu byłem w hmsowej dupie i w takiej pozostałem.

KUUUURWAAAAAA MAĆĆĆĆĆĆĆĆĆ!!!

Gdybym potrafił być w 100% niezależny od nikogo i nie podatny na krytykę to byłby raj. Taki już jestem – większość rzeczy mam w dupie. Sam dla siebie nie muszę dużo. Nie mam dużych wymagań. Mogę być taki jaki jestem i będzie mi z tym dobrze. Ale nie jestem sam. W około mnie pełno ludzi, ważnych i nie ważnych, takich których kocham i takich, którym nie wahałbym się strzelić w łeb. Nienawidzę tylko zawodzić innych. Boli mnie to, psychicznie czuję się jak dno. Ty tego nie widzisz a ja czuję się jakby całe moje ciało było nakłuwane szpilkami. I czasami nie potrafię. Nie potrafię zrobić wszystkiego tak żeby każdy był zadowolony. Nie potrafię nawet kiedy mi na tym cholernie zależy. Proszę Cię tylko czasami – daj mi się nie zawieść. Daj mi spróbować zrobić wszystko najlepiej jak potrafię, może tym razem się uda.

„Dlaczego nosisz to głupie ubranko człowieka?”

Jestem zależny od tylu rzeczy, które mnie otaczają. Jestem od kogoś zależny finansowo, emocjonalnie w coś zaangażowany, społecznie poprawny. Noszę moje przebranie człowieka bo tego wymaga ode mnie życie. Społeczeństwo. Zawsze chciałem gdzieś uciec, być na granicy tego co nazywamy istnieniem. Zawsze wydawało mi się, że moje ubranko jest niedopasowane. Nie to miejsce, nie ten czas, nie Ci ludzie, nie ta wiara, nie ta miłość. Marzę sobie by obudzić się w miejscu gdzie mógłbym ŻYĆ a nie dopasowywać się, być elementem jakieś układanki. Mam nadzieję, że dusza jest wieczna i kiedyś ta moja trafi w takie miejsce. A narazie… TU i TERAZ. Codziennie z poczuciem noszenia głupiego ubranka.


Najbiedniejszy rejon UE

Dwa prania. Ręczniki majciochy i skarpety prześcieradełko. Koszulek zestaw i spodnie. Zapach słońca, płynu do płukania softener booster, wiatr z niewiem skąd. Tosty z pepperoni i serem salami, Ozona Cherry Snuff, Mirinda Orange, Route 66 Blue. Kawa z mlekiem. Dwie czy trzy? Spacer na chwilę gorąco mi. Boże terminy egzaminów ja pierdole. Nic to.

Powoli 2 rok w mieście inspiracji się kończy. Jestem przyjezdny a traktuję to jak swoje. Dobrze mi tutaj. „Najbiedniejszy skrawek UE” zassał mnie. Ronda z dupy, dziury z asfaltem na drodze, dresy z wieniawy, ukraińskie papierosy z przemytu, smutni starzy ludzie, autobusy nie na bilety, tanie taxi, dobry temat, podróże małe i duże. Kurwa, jakbym się powtarzał, może akurat Tobie to opowiadałem? Chcę tu być teraz bo podoba mi się tu. Zawsze byłem smutny bez swojego miejsca. Wiadomo, życie to balet, a czasem nuta jest taka że nie wiadomo jak zatańczyć. Bywało z dupy. Nie rozpamiętuję, znudziło mi się bo huja to dawało. Mam myśl w głowie. Trzymam się bo mi sprawia taką radość, że się trzęsę. I tak wizualizuję i się śmieję. To wiara czyni cuda, wszystko może się udać. Odkąd jedyne co siedzi mi w głowie to pozytywne myśli to wszystko jest lepsze, lżejsze, łatwiejsze, pełniejsze, kolory są kolorowe, trawa zielona, niebo ma kolor różu i fioletu. A jak pewnego dnia pokażę Ci te wszystkie barwy – to dopiero będzie zajebisty happiness.


Sekret

Chcę. Tak naprawdę i wiem o tym. Chcę mieć piękną i zabawną dziewczynę, z którą każdy dzień będzie ciekawy, chcę z nią chodzić do teatru i kina, na kolacje do fajnej knajpki lub jeść pizzę na łóżku i oglądać śmieszne seriale, siedzieć na trawie i puszczać kaczki na jeziorze, puszczać bańki mydlane, spalić jointa i popływać w ciepłym morzu a potem wygrzewać się na piasku i chodzić po górach słyszeć tylko przyrodę; chcę czytać wielką literaturę studiować ciekawe rzeczy, poznać wielkie umysły i rozmawiać z nimi; chcę mieć pracę która będzie każdego dnia dawała mi satysfakcję i tyle pieniędzy żebym mógł oprócz zapewnienia sobie wszystkiego o czym tylko pomyślę mógł pomagać też innym. Chcę być mądrym w oczach innych ludzi, chcę jeździć niepospolitym samochodem, chcę na starość mieszkać we wspaniałym domu otoczonym piękną przyrodą ze swoją jedyną kobietą i piątką dzieci, chcę pisać książki aby moje imię zostało zapamiętane nawet kiedy ja zmęczony tym światem będę chciał udać w dalszą wędrówkę do innego świata już po śmierci.

Chcę. Wierzę w to i widzę w tym siebie. Mam to w głowie.

I tak jest. Tu i teraz.


dizapir

19, 20, 21, 22… Która to już godzina. Bezcelowość niektórych tych minut mnie przeraża. Czasami jak siedzę na niewygodnym krześle przy dużym stole na którym stoi mój notbuk i klikam „Lubię TO” na fejsie przy kolejnym zdjęciu to tak mi się zdaję, że zapętlam się w wirtualu a gdzieś dookoła mnie ktoś popycha świat do przodu tak, że raz jak zerknę na prawo od monitora na okno to tam jest jasno potem szaro potem ciemno znowu jasno a ja nadal klikam „Lubię TO” a tam się wszystko kręci gdzieś gdzie mnie niema i jestem tylko biernym obserwatorem otaczającej mnie rzeczywistości.

Kilka razy miałem takie myśli – gdybym umarł i miał wybór co potem to co bym chciał. Wyobrażałem sobie wtedy, że fruwam sobie i przyglądam się ludziom z góry albo stoję obok nich a oni mnie nie widzą i patrzę. Patrzę a świat przyśpiesza a mnie to nie dotyczy bo jestem obserwatorem. I widzę z bliska życie ludzi, życie którego nie mogę obserwować teraz bo nie stanę nagle przy kimś i nie będę patrzył co robi.

To jest takie pragnienie DIZAPIR zniknąć, żeby nikt nie widział nikt nie słyszał nikt nie szukał nikt nic nie chciał. Pobyć w niebycie czyli nie być a potem pojawić się w nibylandii i tam posiedzieć chwilę pod palmą z kokosem.

Wiesz, smutno mi bo kolejny raz mi nie wychodzi.


Sons of Koop

Mam ponad tydzień wolnego. Majówka rozpoczęła się w czwartek a skończy 3 maja. To nawet więcej niż tydzień czasu kiedy nie muszę nic. To nic wygląda tak jak każdy inny dzień – od dawna nie robię nic poza spełnianiem małych codziennych obowiązków.

Przyjechałem do domu, siedzę w swoim pokoju, który właściwie nie zmienił się nic od liceum, od gimnazjum, od dawna, te same plakaty, te same zdjęcia i obrazy na ścianach, te same książki na półkach, płyty i kasety. Tutaj cofam się w czasie, do momentu gdzie zatrzymałem się emocjonalnie i mimo, że hop mam 2010 rok to jakoś nie widać żadnych znaczących kroków naprzód.

Słucham pierwszej płyty Koop, niedawno ją znalazłem, melancholia po całości. Porządek robię w szufladach i szafkach, robię sobie stosik papierów które spalę w piątek na ognisku. Dużo tego, bo mam tendencję do składowania rzeczy. Znalazłem kartki od rodziny z pierwszej komunii, znalazłem życzenia z okazji bierzmowania. Znalazłem też listy (takie prawdziwe w kopertach ze znaczkiem), które kiedyś dostawałem od pewnych osób i którym to osobom sam listy wysyłałem. Stare walentynki, pocztówki z okazji świąt, zwykłe kartki papieru zapisane wspólnie z osobami, z którymi nie mam już żadnego kontaktu. Tak mi się przypomina, skrawek tekturki i wiele wspomnień. Odnoszę takie wrażenie, że może wtedy miałem jakieś bogatsze w emocje życie. Może więcej marzeń, albo po prostu niewiedza o tym co to będzie za kilka lat i wyobrażanie sobie. Teraz studiuję, siedzę godzinami przy komputerze, czasem wyjdę na bibę, pouczę się może troszkę, obczaję zdjęcia na facebooku, zrobię sobie kawkę, zapalę i tak dzień za dniem, można by rzec w samotności bo teraz już nie mam blisko siebie przyjaciół. Czas i odległość robi swoje.

Wczoraj usłyszałem, że potrzebna mi baba żeby wydorośleć. W pełni się zgadzam! Bo widzisz, mam poważne problemy kiedy myślę o swojej przyszłości inaczej niż przez pryzmat różnych mrzonek. Myślę sobie „będzie fajnie, będzie dobrze, rób co masz robić nie podskoczysz wyżej dupy”. W praktyce wygląda to tak, że nie robię nic więcej ponad to co wymagane jest ode mnie, a najgorsze jest, że rzadko kiedy sam od siebie wymagam czegokolwiek. A skończyły się czasy kiedy ktoś będzie stał nademną i pokazywał mi te wszystkie możliwości jakie daje świat i życie. Tu trzeba samemu szukać tych wszystkich ścieżek i do bólu je eksploatować bo inaczej to przyszłość nie będzie równie kolorowa jak teledysk MGMT czy Justice tylko będzie szara, jak cały ten otaczający nas sovietmental. A tak jak zawsze sobie kolory zmieniam w zdjęciach żeby były bardziej pstrokate i przyjemniejsze w odbiorze tak samo powinienem zmieniać swoje życie.

Walczę z samym sobą bo mało czasu zostało, żeby wyjść na prostą.



No co…

…przysnęło mi się trochę z tym moim „blogowaniem”. Zima przyszła, śnieg napierdalał, ja jak byłem smutnym panem wewnątrz duszy tak smutnym panem pozostałem bo moja pani o moja pani, nie ma mojej pani, i życie się kręci jak cukier przerabiany na watę w lato. Popsuły mi się słuchawki, ludzie o mnie zapominają, zacząłem czytywać poezję i oglądać ładne obrazki w kolorowej prasie, chyba od miesiąca próbuję się wybrać do fryzjera ale mi nie idzie bo nie mam swojego ulubionego, który by wiedział czy wiedziała pani jak mnie ostrzyc, tylko zawsze to tu to tam to poco mam iść jak tak naprawdę lubię moje długie włosy tylko mnie wkurzają jak trzeba je czesać, źle się ułożą a przecież ja mam jeszcze w miarę krótkie, o laski wam współczuję włosów do pasa, susz to codzień dobre sobie. Piję actimel mam dzięki niemu więcej 2x albo 3x albo 4x energii bo placebo działa jak procenty na wieczornej imprezie. Nie mogę już jeść pizzy bo mi się przejadła ale co ja innego mogę jeść, w KFC dzisiaj byłem to coś gówno straszne nie wiem jak ja to jadłem cały zeszły rok, popsuło się albo mają chore kurczaki; myślę o Hiszpanii właśnie bo ktoś złapał na to klimat, ale ogólnie to myślę o Afryce, 10000zł przyjmę na konto przelewem jako wsparcie w realizacji moich marzeń, szkoda, że nie umiem pracować bo bym zarobił, a może umiem tylko mi się nie chce przecież jestem leniwy jak nie mogę zacząć postanowionych sobie rzeczy, ale czy to, że czegoś nie mogę skończyć raz na zawsze to też oznaka lenia czy może tchórzostwa a może się nie da. Air – The Vagabong, polecam na dzisiaj. Dziękuję dobranoc.

O tym dlaczego tego nie zrobił

Samir wie że ma więcej niż jeden
dobry powód by zniknąć więcej niż jeden

(Widzi pan,
ja wiem że chodniki depczą ludzi
chodniki biegają po ludziach
pod chodnikami również dzisiaj
jest ludzkie serce a my słyszymy tylko ptaki)

Samir ma więcej niż
jeden powód by zniknąć ale
tylko jeden dobry powód ma Samir
by stać się upadłym poćwiartowanym bogiem
by stać się z bogiem by stać się bogiem
wąskich uliczek między wieżowcami
bo Samir trzyma pod językiem gorzką pigułkę
na miliony poćwiartowanych serc.

(Powtarzam panu, ja
nie czuję ciała
nie czuję nic ciałem
czy widzi pan moje ciało, jeśli pan widzi,
to przecież musi pan wiedzieć musi pan wiedzieć
że nic nim nie czuję, więc
rozpłatajmy ciało! Na diabła takie lekkie.
Nie wziąłem, mam ją po językiem.)

A jednak Samir chce stać się tak bardzo chce stać się
ciałem nareszcie stać się ciałem poczuć wnętrzem
swoim wnętrzem miasto do którego nigdy nie przynależał
ciałem, tylko ciałem bo umysł jest kurwą
ona umysłem wciąż się przechadza i zbiera z podłogi roztańczone rękawy
ona wciąż zbiera z podłogi ubrania i jak możesz się śmiać
to wcale nie jest śmieszne i wstań szybko czyż nie słyszysz dzwonka
wiem ona też się ona też się uśmiechała gdy zbierała
gdy zbierała z podłogi wątłe zarysy kończyn w różnych kolorach
pod niewiarygodnymi kątami w niewiarygodnych stertach różnokolorowe części
ubrania zbierała.

(Widzi pan, nie czuję nienawiści do świata ja tylko nienawidzę wspomnień
po których się ona przechadza a mnie nie widzi
i chciałbym dlatego chciałbym wciągnąć ją między ulice między ulice których
nienawidzę
żeby pozbierała mnie między ulicami i uśmiechem i pośpiesznie
bo jeśli, proszę pana, jeśli będę wszędzie… jeśli będę wszędzie
to czy pozbiera mnie z uśmiechem?)

Ale wciąż jeszcze
wciąż jeszcze cień Samira wysoki cień Samira wrasta w niebo
wrasta jak statua jak pomnik nieporuszenia nieżycia niewidzialnego
jak ciało przyciężkie dla wspomnień
jak umysł przejrzały dla ciała.

Dijala Hasanbegović, przełożyła Agnieszka Łasek


iPo

no i skonczylismy cieszyc sie ze skonczonej sesji. poranek przywital nas sloncem i piosenka. posluchajcie:



Przykazanie

Nikt nie każe ci iść dalej. Można siedzieć i czekać na śmierć. Można całe życie siedzieć i czekać na śmierć. To też jest godne, jest honorowe, może być przyjemne, jeśli ktoś potrafi czerpać z tego przyjemność. Nikt nigdy nie powiedział, że tylko jak się idzie naprzód, to dopełnia się los człowieka. Można korzystać z chwili, można sobie popijać winko czy wódkę. Można tak siedzieć. Można tak siedzieć aż do śmierci… i nikt nie ma prawa zarzucić komukolwiek, że robi źle, że to nie tak, że powinien robić inaczej. To nie jest niczyja sprawa. Można siedzieć na trotuarze i czekać. Wszystko w porządku. Wszystko w najlepszym porządku. Robisz dobrze, robisz jak chcesz, robisz, co chcesz. Bo nie ma idealnej recepty na życie. Każda recepta jest dobra. Każdy może robić, co chce i nie będzie żadnych pretensji. Każdy jednak… każdy może wstać i ruszyć dalej. Można siedzieć i czekać, co przyniesie los, można też pójść za najbliższy róg i zobaczyć, czy tam jest coś ciekawego. Każdy może ruszyć dalej i w tym wypadku również nikt nie może mieć żadnych pretensji…

Wirus, Wielki Kłamca



<.>

Naszymi przyjaciółmi są wszystkie te dusze, które znaliśmy w poprzednich życiach. W ten sposób przyciągamy się nawzajem. Nawet jeśli znamy się jeden dzień to nie ma znaczenia. Planuję zaczekać i zobaczyć co będzie za dwa lata. Daję słowo, że musieliśmy się już kiedyś poznać.

George Harrison


Płonie Babilon, płoną marzenia…

… wszystko się zmienia, ja się nie zmieniam.

Jadę na brudstock. Zawsze chciałem tam pojechać, zawsze chciałem pojechać tam zobaczyć jak to jest, tyle ludzi, różnych ćpunów, skinów, rastamanów, krisznowców, metali. Wolność, brud, muzyka, alkohol, jaranie. Jadę z moimi kumplami których znam od gówniarza, którzy byli w różnych momentach i sytuacjach. Ale ja jadę, żeby uciec żeby mnie wreszcie coś uwolniło, od tej mantry od tego życia przeszłością, od tych marzeń, od tego uczucia które mnie kurwa nie puszcza a ja tak bym chciał bo już nie mam siły, nie mam siły tak dalej egzystować nie mam siły dalej marzyć kiedy wszyscy dookoła mi mówią, że to koniec, że koniec był już dawno, OBUDŹ SIĘ, DOJRZEJ, PRZEJRZYJ NA OCZY! gdzie jest moja bajka no gdzie? czemu moja głowa zagubiła się gdzieś w czasoprzestrzeni, czemu moje serce zatrzymało się gdzieś 5 lat temu, czemu ja kurwa nie potrafię sobie z tym poradzić, czemu kurwa mać ja pierdole NIE UMIEM kiedy tak bardzo bym chciał, żeby było normalnie, żebym żył jak każdy DO PRZODU a nie od papierosa do papierosa szarość smutek kielce ona ja i myśli, i te popierdolone myśli każdego dnia nieważne czy jest dobrze czy nie czy śnieg czy słońce to myśl, że może coś się zmieni. A Ona powiedziała: nie zmieni się Bartek…

Nie wiem w co wierzyć. Co tutaj jest szczęściem? Gdzie szukać mam zrozumienia, jak mam zrozumieć swoją głowę modlę się o to do Boga, tylko o to o nic więcej, nie o Ciebie nie o domek gdzieś i szczęśliwą rodzinę nie o miłość której nie dostaję modlę się o to, żebyś mi Boże dał zrozumieć siebie, żeby w mojej głowie nie było już więcej wojny, żebym siebie samego nie niszczył już więcej siły by nie płakać by nie zamykać oczu na rzeczywistość.

Wrócę inny. Albo mogę nie wracać wcale.


Ołałała

jogu

Po tym wszystkim co ostatnio, po kolejnej nocy nie spędzonej w domu, teraz kiedy już udało dotrzeć mi się do mieszkania zrobić co miałem to na ten poranek (ta poranek kurwa 14:14…) najlepszy jest pitny jogurt bananowo-truskawkowy, który zawsze będzie mi przed oczy wrzucał pewien inny poranek, jeden z najcudowniejszych. Jogurt zajebisty max.

Nie chce mi się nic mówić, nie chcę o niczym myśleć. Coś mnie przerosło a coś zjebałem. Dedykuję wam wszystkim:


Spierdalać. Ol de pipel ju now.


Życie

składa się z krótkich momentów. Kocham takie pozytywne momenciki, które sprawiają, że w danej chwili jestem piekielnie dobrze nastrojony. Ale jak robić żeby trwały dłużej albo pojawiały się częściej? Tego nie wiem ale nad tym pracuję.

Podsumowanie.

Stałem na balkonie i patrzyłem. Na matki z dziećmi, na miejscowych żuli, na sąsiadów palących na balkonach, na przejeżdzające samochody. Wszystkie rzeczy były już spakowane, całe mieszkanie wysprzątane tak jak chyba nigdy. Czekałem na ojca. Z Lublinem pożegnałem się wcześniej.

To był 1 lipca, dzień zakończenia mojego pierwszego roku studiów. Nie powiem, że nie było mi wtedy smutno. Opuszczałem w końcu mieszkanie, w którym spędziłem prawie rok. Mieszkanie, które przez te wszystkie miesiące było „moim miejscem”. Kto wie też, czy nie było to ogólnie pożegnanie Lublina i już tam nie wrócę studiować. Oby. Aktualny czas jest odmierzany przez pryzmat tego, jak daleko do wyników tegorocznej rekrutacji. To mi zaprząta głowę i mam nadzieję, tym razem los będzie dla mnie łaskawszy.

Dużo dał mi pierwszy rok studiowania. Naprawdę. Więcej troski o siebie, uważniejsze dysponowanie pieniędzmi i takie tam. Niestety przez ten rok nadal nie nauczyłem się uczyć, nie dawałem z siebie tego maksimum na co mnie stać. Przez to pojawiły się poprawki a nie pojawiło się stypendium. Z nauką dałem dupy – jak z wieloma rzeczami w moim życiu…

Zleciał strasznie szybko. To tak jak oglądasz te przyśpieszone filmy kiedy słońce wyłania się zza wschodu a po 10 sekundach już zachodzi. Ja tak odbieram ten rok. Parę minut w parę miesięcy.

Nie poznałem dziewczyny, w której mógłbym się zakochać, nie rozwinąłem się uczuciowo, nie zapomniałem. To chyba jeszcze większa porażka niż wynik studiowania, bo nawet tego 1 lipca paląc papierosa na balkonie myslałem sobie, że może wakacje to będzie czas kiedy pospotykam się z Nią. Klapa. Nie ma nic.

Dużo przedziwnych akcji pozostanie mi w pamięci po tym roku. Tak jak niektórzy poznani w Lublinie ludzie. Zajebiście mieszkało się z Mundkiem, takiego lokatora tylko sobie życzyć…

Teraz piję już kawę w swoim pokoju, w rodzinnym domu, ale w tym samym jednym kubku do kawy, który towarzyszył mi przez cały rok. Za oknem chmury – inaczej chyba nie zmobilizowałbym się do napisania notki na blogu. Wbrew pozorom chmury aktywują mnie do jakiegoś działania, na różnych polach. Są chmury – jest Cozzie w szczytowej formie.

Tylko brakuje tej jednej, szczególnej chmury.


Antichrist

Antichrist

Minęło już parę chwil od dnia kiedy wybrałem się do kina obejrzeć najnowszą produkcję Larsa von Triera. Z jednej strony miałem mało czasu aby cokolwiek napisać, z drugiej ten film nie jest takim, który można opisać dwoma słowami zaraz po wyjściu z sali kinowej…

Idąc na ten film byłem przepełniony informacjami wyniesionymi z przeczytanych wcześniej recenzji. Na Festiwalu Filmowym w Cannes (gdzie „Antichrist” został zaprezentowany po raz pierwszy) poruszył publiczność. W różny sposób, gdyż spora część widowni po prostu opuściła seans w trakcie. Czytałem też wiele komentarzy odnośnie tego jaki to film jest i w wielu z nich widzowie twierdzili, że musieli opuścić seans z powodu tego, jak niesmaczny jest ten film. Takie komentarze to dla mnie najlepsza rekomendacja, jeśli dodać do tego, że „Antichrist” był nominowany do Złotej Palmy, a główna aktorka zdobyła Złotą Palmę w kategorii najlepsza aktorka, to po prostu film musiałem obejrzeć.

Na ten film można iść według dwóch założeń – jeśli ktoś wie kim jest Lars von Trier to wie również, że może się po jego filmie spodziewać czegoś głębszego. Natomiast jeśli ktoś nie wie kim ww. reżyser jest to słysząc o tytule „Antychryst” może wybrać się na ten film jak na kolejną część „Piły”. I jeśli wybierze się z takim nastawieniem to niestety będzie zawiedziony…

Światowej sławy psychiatra i jego młoda żona, badająca historie czarownic w średniowieczu, wyjeżdżają do domu na odludziu, by zaszyć się przed światem i zmierzyć się ze swoimi najgłębszymi lękami. Zamiast ukojenia znajdą tam jednak niszczycielską moc sięgającą początków świata. Będą musieli stawić czoła potężnej i przerażającej sile, z której istnienia nie zdawali sobie sprawy.

Taki opis filmu prezentuje nam dystrybutor. I w moim odczuciu NIJAK ma się on do tego co w filmie znajdziemy. Ból, rozpacz, problemy z psychiką, zło wynikające znikąd…  Nie wszystko jest tu podane na talerzu, ba, bardzo mało. Film pełen jest metafor, różnych odniesień, zarówno słowa wypowiadane przez bohaterów jak i obraz każą się skoncentrować i myśleć. Im większa nasza wiedza ogólna tym lepiej, bo tym więcej odniesień możemy w tym filmie znaleźć. Adam i Ewa, Eden, kuszenie… Wiele, wiele.

W zasadzie nie jest to też film straszny. Nie straszny nas w sposób prymitywny jak wszystkie amerykańskie horrory. Buduje za to atmosferę a strach w zasadzie budujemy my sami. To jak kojarzymy i co nasza głowa podpowiada, że zaraz może się stać.

Dzieło Larsa von Triera było krytykowane za kilka niesmacznych niby to erotycznych scen. Jedyną prawdziwie erotyczną i jednocześnie ładną sceną (to zauważyła moja towarzyszka nie ja) był chwilowy akt, dosłownie parę sekund na samym początku filmu. Pozostałe sceny z erotyką miały tyle wspólnego co pokazywały genitalia. W sposób inny niż się je zazwyczaj pokazuje.

Po seansie w głowie zakotwiczyła mi myśl – „kobieta. zło. fałszywość”. Taki cel miał reżyser? Chyba. Podobno to jego najbardziej osobisty film w karierze. Jeśli tak to musiał doświadczyć od kobiety albo kobiet czegoś okropnego. Czegoś co sprawiło, że chciał pokazać nam obraz taki a nie inny. Ja odebrałem ten film też w jakiś sposób personalnie. Coś mnie przez to zabolało… Pewnie dlatego, że sam nie mam szczęścia do kobiet. A jedyna do której coś czuję też w jakiś sposób mnie zraniła. I mimo iż mało który facet, będzie w stanie pomyśleć o kobiecie którą kocha, że jest fałszywa, zakłamana, i od środka zła… To na taki tor myślenia nakierowuje nas ten film.

Na sam koniec zwracam uwagę na jedno. Przy tego typu filmach istnieje problem. Z kim iść go obejrzeć? Samemu? Może i dobra opcja dla kogoś kto po obejrzeniu filmu lubi go sobie przemyśleć w swojej własnej głowie. Ja lubię dyskusję dlatego zawsze ważne dla mnie jest by ktoś z kim idę do kina potem o filmie mógł ze mną porozmawiać. Całe szczęście jest taki ktoś. Dodam tylko, że nie jest to film, na który można się wybrać na randkę. Znajdźcie sobie bratnią duszę, której nie straszne swego rodzaju dziwactwa i w takim gronie go obejrzcie. Nie inaczej. A obejrzeć trzeba. Bo warto.


Like a bird without a song

Tamten świat

Siedzę w ciemności swoich myśli zewsząd mnie otaczających. Oh, różne bezwzględne upiory, demony przeszłości, żale teraźniejszości dopadające, niweczące tyle wypracowanych kompromisów; moje kajdany obciążniki na nogach „siedź tu i teraz nie rób nic”, pędzę ja czy to czas dookoła mnie pędzi opływa jak powiew wiatru taki delikatny gdy porównasz do ciężkich nóg. Ziemia, ziemia tak blisko pod podeszwami wytartych butów a głowa w chmurach i tak prowadzi mnie do przodu; tyle osób szło już tym traktem, tyle go szczęśliwie przeszło a niektórzy zeszli i nigdy nigdzie nie doszli, ale każdy idzie sam po swojemu tą drogą czy ścieżką, szlakiem pomiędzy innymi zaraz obok. W tym wszystkim to to, że nie możesz zawrócić chociażbyś bardzo chciał, krzyczał płakał śmiał się, mogłeś zgubić swoje buty to wtedy idziesz boso, ale idziesz kurwa mać idziesz i nikt Ci nic nie powie, słuchasz nie słuchasz, kawa papierosy muzyka to było to jest to będzie, będziesz Ty on ona razem osobno niewiadomo, „co komu pisane” tak usłyszałem. Wszystko piękne gdy nas tam niema a potem jesteśmy i niewiadomo co to jest czy to tak chcieliśmy by było, co ja chciałem żeby było a może nic, żeby ktoś coś za mnie, żeby samo przyszło i było bo kiedyś ktoś był i wtedy kiedyś ktoś z kimś nie zastanawiał się jak to jest. A potem życie się kończy i może ktoś spojrzy w to życie, napisze książkę. Ku pamięci. Tak żyłem to byłem ja.

Okno na świat bez ciemności.