Like a bird without a song
Siedzę w ciemności swoich myśli zewsząd mnie otaczających. Oh, różne bezwzględne upiory, demony przeszłości, żale teraźniejszości dopadające, niweczące tyle wypracowanych kompromisów; moje kajdany obciążniki na nogach „siedź tu i teraz nie rób nic”, pędzę ja czy to czas dookoła mnie pędzi opływa jak powiew wiatru taki delikatny gdy porównasz do ciężkich nóg. Ziemia, ziemia tak blisko pod podeszwami wytartych butów a głowa w chmurach i tak prowadzi mnie do przodu; tyle osób szło już tym traktem, tyle go szczęśliwie przeszło a niektórzy zeszli i nigdy nigdzie nie doszli, ale każdy idzie sam po swojemu tą drogą czy ścieżką, szlakiem pomiędzy innymi zaraz obok. W tym wszystkim to to, że nie możesz zawrócić chociażbyś bardzo chciał, krzyczał płakał śmiał się, mogłeś zgubić swoje buty to wtedy idziesz boso, ale idziesz kurwa mać idziesz i nikt Ci nic nie powie, słuchasz nie słuchasz, kawa papierosy muzyka to było to jest to będzie, będziesz Ty on ona razem osobno niewiadomo, „co komu pisane” tak usłyszałem. Wszystko piękne gdy nas tam niema a potem jesteśmy i niewiadomo co to jest czy to tak chcieliśmy by było, co ja chciałem żeby było a może nic, żeby ktoś coś za mnie, żeby samo przyszło i było bo kiedyś ktoś był i wtedy kiedyś ktoś z kimś nie zastanawiał się jak to jest. A potem życie się kończy i może ktoś spojrzy w to życie, napisze książkę. Ku pamięci. Tak żyłem to byłem ja.
Okno na świat bez ciemności.
