są takie chwile, które smakują jak daktyle
Bez kawki z rana, niemożliwe. W moim ulubionym kubku, który od niepamiętnych dni towarzyszy mi zawsze kiedy jakiś gorący napój ma mnie od środka rozgrzać. Takie małe przedmioty, pełno ich w życiu, które pozwalają się czuć albo sobą, albo u siebie. Ukochany kubek, portfel, empeczy plejer z muzyką, zdjęcie kogoś ważnego, plakat na ścianie, kochany t-shirt. Z czasem niektóre rzeczy się odrzuca, bo się zapomina, bo kojarzą się z dziewczyną, która Cię porzuciła. Różnie. Ale zostaną inne, bo człowiek z natury lubi otaczać się rzeczami. Dobrze, byleby rzeczy nie stały się celem gonitwy jaką jest życie.
Dzisiaj w Lublinie niesamowity koncert. Aż zatkało mnie kiedy zobaczyłem ten plakat na wydziale. Bardzo chciałbym iść, ale niestety, cena biletu jest zaporowa jak na portfel studenta studiującego z dala od rodzinnego domu. 60 zł… Przelicz sobie, ile piwa, ile innych zabawek, a jedzenia ile? No straszne. Ale gwiazdy Radżastanu… ehh…
Dzisiejszy poranek (o ile można godzinę 13 nazwać porankiem, no, ja mogę) upływa mi jakoś melancholijnie, pewnie za sprawą pogody, i pewnie za sprawą odgrzebanych zdjęć, które zobaczyłem (a mówiłem sobie, że przecież nie oglądam już starych zdjęć z innego życia). Sensu w tym wszystkim nadaje mi muzyka. No ale to tutaj, proszę, Luc:

