DSCF1839male

Woodstock 2014 – podsumowanie

By | Inne | No Comments

Z dużym poślizgiem zabieram się za podsumowanie 20 Przystanku Woodstock. Emocje opadły, prosto z Woodstockowego pola zostałem wrzucony z powrotem w korporacyjne realia, ale nie mogę zostawić tego „najważniejszego punktu lata” bez konkretnego podsumowania.

To był mój piąty PW. I jak zawsze mogę powiedzieć – był inny od pozostałych.

Przywiązanie

By | Przemyślenia | No Comments

DSCF2054

Znów jest, znów przyszła. Jesień. Jak zwykle, znów będzie bardziej mokro niż sucho, znów chmury będą częstszym widokiem niż słońce, znów ludzie pozamykają się w swoich mieszkaniach przykryci kocem z kubkiem herbaty, znów melancholia będzie krążyła jak sęp gdzieś nad naszymi głowami, znów będzie wymówka, że ktoś smutny jest przez pogodę przecież. A ja w tym roku wyprzedziłem jesień i posmuciłem się zanim się pojawiła.

Skończyłem niedawno 25 lat. Ćwierć wieku proszę pana i proszę pani. Nie powiem o sobie, że jestem stary bo Ci faktycznie starzy parsknęliby tylko pod nosem, ale fakt, że w bardzo dobrym wypadku to już 1/3 życia za mną, kazał się zastanowić nad tym minionym czasem, podsumować sobie wygrane i porażki i wyciągnąć z nich wnioski. To co dodatkowo motywowało by w końcu „zebrać się do kupy” to cały kontekst sytuacyjny – z różnych powodów  nie chodziłem ostatnimi czasy zbytnio uśmiechnięty…

Zanim przyszła jesień, ja uciekłem na chwilę. Odciąłem się od social mediów i wszelkich komunikatorów. Potrzebowałem samotności totalnej, bez możliwości wysyłania mi wiadomości a także bez własnej chęci, do sprawdzania co tam słychać na fejsbuczku. Pewnie nawet telefon bym wyłączył, gdyby nie fakt, że obiecałem jednej osobie, że zawsze odbiorę. Pożałowałem potem, że jednak telefonu nie wyłączyłem. Pierwszy raz od bardzo dawna czas zaczął toczyć się leniwym tempem. Nie ważna była nawet godzina. Wstać, zaparzyć dobrą kawę, narąbać drewna, rozpalić kominek, dać psu jeść, dać sobie jeść, pobiegać, położyć się na chwilę na słońcu, wypić piwo. Tak toczyły się dni, kilka pierwszych tak aby nie myśleć absolutnie o niczym, następne tak aby myśleć tylko o tym co naprawdę powinno być dla mnie ważne.

Najważniejsze zawsze były relacje z drugim człowiekiem. Żyć dobrze z innymi, mieć wiarę w ludzi i w końcu zbudować szczerą relację z fascynującą kobietą. Czy błądziłem przez ostatnie 10 lat stawiając na szczycie swojej hierarchii wartości, wartość taką a nie inną? Przecież przyniosło to tyle smutku i rozżalenia, tyle zawodu i frustracji. Ta wiara w drugiego człowieka i w to, że jest dobry, że intencje ma czyste. Ludzie rozczarowują. I Ty i ja moglibyśmy podać setki przykładów kiedy zaufaliśmy komuś a ten ktoś to wykorzystał. Trudno. Nie zmienimy świata i ludzi, którzy najczęściej wybierają najprostsze rozwiązania. A w życiu łatwiej jest być złym. Nie wymagajmy od ludzi wybierania cięższej drogi. Sami nią pójdźmy.

„Wiesz już czemu nie należy przywiązywać się do ludzi?” – zapytała mnie, kiedy przyjechałem powiedzieć „do zobaczenia”. Nie chciałem się żegnać, nie byłem w stanie tego powiedzieć, mimo, że całym sercem już czułem tą stratę; pół roku walki o coś co Ona skreśliła już na samym początku. Przywiązałem się do tej fantastycznej dziewczyny z Bieszczad – albo do jej iluzji bo nigdy nie powiedziała o co tak naprawdę jej chodziło i nigdy nie pozwoliła mi zobaczyć jaka jest naprawdę. Uciekłem więc od straty, uciekłem od uczucia, które tak mocno biło do Niej a mnie samego krzywdziło. I chociaż zrobiłbym wszystko by cofnąć czas – to tak trzeba było. W niektórych ludzi trzeba wierzyć – ale trzeba też wiedzieć kiedy należy przestać pokładać wiarę.

Paliłem ognisko. Była już późna noc, przyszła mgła, temperatura spadła do listopadowego 3 powyżej zera. Otworzyłem sobie whisky, którego smaku nigdy zbytnio nie lubiłem, otworzyłem żółte Camele, których nuta zawsze była dla mnie smakiem idealnego papierosa. Brązowy płyn szybko rozgrzewał. Chociaż skąd mogę wiedzieć czy było to szybko? Czas odmierzał mi wtedy jedynie papieros za papierosem i księżyc wędrujący po nieboskłonie. I tak zresztą nie był ważny. Wrzuciłem kolejny kawałek buczyny do ogniska patrząc jak szybko obejmuje go płomień i spala się w popiół, w nicość, w niebyt. „Zabawne” – pomyślałem, odnotowując fakt, że roślina rosła kilkadziesiąt lat by stać się wspaniałym drzewem a wystarczyło kilka chwil by przemieniła się w nicość. „Z ludźmi tak samo” – pomyślałem, odpalając kolejnego papierosa, który zniknął jeszcze szybciej niż gruby bukowy pieniek…

Zniknąłem z życia wielu ludzi, wielu zniknęło z mojego. Za niektórymi tęsknię, niektórych opłakuję kiedy nikt nie widzi. Jedyne co mogę zrobić to pamiętać o nich i wszystkich momentach wspólnie przeżytych. Pamiętać o relacjach z ludźmi, które sprawiły, że jestem tym kim jestem.

Trzeba było wracać. Kończyć to uciekanie, ogarnąć się. Temperatura spadła. Tylko dokąd wracać?

Na telefonie wyświetlił mi się niezapisany numer. „Cześć Bartek, 5 lat nie rozmawialiśmy ale…”

I już wiedziałem dokąd.

Pod Górę

By | Podróże | No Comments

Ostatnio głośno jest w małopolskich mediach o Zakopanem. Co prawda, jak to media mają w zwyczaju większość tych informacji ma wydźwięk negatywny – a to znów padł koń wciągający leniwych turystów w japonkach nad Morskie Oko i znów po raz już niewiadomy, który będą debatować nad przyszłością tego transportu, a to znów korki na zakopiance, albo znów morderstwo nastolatka. Mieszkam w Krakowie od dwóch lat i przez ten czas, nie zdarzyło mi się być w Zakopanem w okresie innym niż zima pełna śniegu. Jednak za kilka godzin zaczyna się wakacyjny długi weekend, więc w mojej głowie już kiełkują myśli co w te wolne od pracy dni zrobić. A ponieważ myśli dopiero nabierają wyrazu, wrócę tutaj do tego, jak spędziłem weekend poprzedni – w lato, w wysokich Tatrach.

DSCF2054

Pochodzę z gór, jednak zawsze wypowiadając te słowa śmieję się trochę pod nosem, bo może i Góry Świętokrzyskie są i najstarszymi w Polsce, ale jednocześnie najniższymi i dla wielu osób bardziej kojarzą się z pagórkami niż wysokimi szczytami. Moja Babcia pochodzi jednak z Żywca, więc takiej stricte góralskiej krwi też trochę we mnie płynie. Zawsze lubiłem góry – będąc małym dzieciakiem dość często wędrowałem z babcią bądź rodzicami czy to po Beskidzie Żywieckim czy Tatrach, zarówno wysokich jak i niskich. Z czasem jednak moi rodzice zrobili się zbyt starzy (a może zbyt leniwi?) na takie wyprawy, a ja sam wolałem jeziora mazurskie bądź różne miejsca na świecie położone nad akwenami wodnymi niż coś takiego jak „góry w lecie”. Zimą to zrozumiałe – na nartach średnio jeździ się po niskich wzniesieniach. Ale w lato? Jakoś tak nie wychodziło. I jakoś tak zleciało 10 lat kiedy w żadnych górach nie byłem. Aż do poprzedniego weekendu, gdy pewna dziewczyna z Bieszczad zapytała mnie „jedziemy w Tatry?”. Takich propozycji nie odmawiam, zwłaszcza kiedy samochodem w miejsce docelowe jedzie się raptem 2 godziny.

Nie jestem typem sportowca. W ogóle nie ma sensu abym pisał o swojej aktywności fizycznej bo w zasadzie nie ma o czym pisać (czekam na Ciebie, mój Multisporcie!) Dodatkowo jestem nałogowym palaczem. Jako taka osoba powinienem mieć lekkie obawy w stylu „czy ten szlak nie będzie dla mnie za trudny?” – jednak po całym tygodniu korporacyjnej pracy i robieniu researchów, kolejny i to jeszcze „pod prywatę” nie był niczym zachęcającym. Zresztą chyba to znacie – spakuję się, pojadę, a na miejscu zdecyduję dokładnie. Miałem ten komfort, że towarzyszka, z którą miałem się wspinać pozwoliła mi na dowolność w wybraniu szlaku. Jak to dobrze, że ciągle istnieją na tym świecie kobiety nie przesiąknięte feministycznymi bredniami i pozwalające facetowi na podjęcie od czasu do czasu autorytarnej decyzji. Więc wybrałem, mając na uwadze, że będzie mi towarzyszył ktoś, kto wychował się w górach dużo wyższych niż świętokrzyskie a więc pewnie z dużą wprawą w łażeniu.

Dolina Kościeliska. Tłumy – rodzice z dziećmi, starsi państwo, osoby w klapkach/japonkach, niedzielni biegacze, fasiongi wypełnione turystami. Gdzieś pomiędzy nimi ludzie z kijkami, w trekkingach. Kolejka do wejścia. Jaka kolejka zapytasz, przecież to góry, park narodowy! Okazało się, że wejście do Parku Narodowego jest płatne. Być może zawsze tak było, aczkolwiek byłem trochę zaskoczony, jednak w pełni rozumiem – za coś trzeba utrzymać ten teren. Z ciekawostek – obecnie do biletu za jedyne 50 groszy można dokupić sobie jednodniowe ubezpieczenie NNW z PZU. Cena do przyjęcia dla każdego, a daje jakieś dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że część ubezpieczycieli w swoich polisach wycieczki w góry traktuje jako sport ekstremalny i nie wypłaca odszkodowań. Planuje się aby takie ubezpieczenie było obowiązkowe – i bardzo dobrze, bo lepiej, żeby za akcje TOPRu płaciło PZU/anybody a nie ich biedny budżet…

I pod górę – zaczyna się czerwony szlak. Dla tych, którzy nie wiedzą – kolor szlaku nie oznacza jego trudności – o czym sami się później przekonaliśmy. Zielony szlak może okazać się dużo trudniejszym niż czarny. Polecam zajrzeć tutaj i zapamiętać.

Nagle zrobiło się pusto. I trudno. Pogoda idealna – ani za zimno, ani za gorąco. Świeci słońce. Oddech zaczyna być ciężki, płuca mocno pracują zdobywając z powietrza tlen potrzebny mięśniom a te, jeszcze nie zmęczone, próbują przeć do przodu, kolana wysoko, wspinamy się, tempo dobre. Ekscytacja – idziemy w nieznane. Dookoła morze malin – nikt nie zrywa bo to Park Narodowy. Cisza. Kompletna cisza i świeże powietrze. Mam iść przodem bo nadaję dobre tempo – mówi towarzyszka. „Czyli jednak kondycji nie mam tragicznej” – myślę sobie i automatycznie czuję zadowolenie. Dalej. Wszyscy ludzie jakich mijamy schodzą, a my wchodzimy. „Wybraliście jedno z trudniejszych podejść w Tartach” – mówi starszy Pan wyglądający na doświadczonego zdobywcę szczytów. „Jesteśmy zajebiści Bartosz, taką górę na pierwsze podejście!” – mówi Ona. I faktycznie, perspektywa, że za chwilę będzie jeszcze trudniej mobilizuje dodatkowo. Mały odpoczynek i dalej, poleżymy dopiero na szczycie. Tacy jesteśmy, zajebiści. Po drodze górski potok. Woda krystalicznie czysta i lodowato zimna. Pyszna. Zanurz twarz i idź dalej. Potem szczyt, szybki radler, krótki przekaz na żywo przez Skype i droga w dół innym szlakiem. Kozice Tatrzańskie. Całe stado. Rodzice z młodymi. Przymusowy postój bo za nic nie chcą się ruszyć. W końcu gwizdaniem odgonione i mimo, że to nie wilki, nie niedźwiedzie to stojąc nad skrajem przepaści nawet rogi roślinożercy mogą stanowić spore zagrożenie. W dół wcale nie łatwiej niż pod górę, ale widok rekompensuje wszystko. Duży potok. Las. Schronisko. Oscypek. Już prawie samochód. Powoli zachodzi słońce…

DSCF2110

Człowiek często zatraca się w pędzie dnia codziennego. Pogoń za pieniądzem, zrealizowaniem targetu, zdobyciem podwyżki, wyjściem do najbardziej trendy knajpy; w międzyczasie jeszcze siłownia dla sylwetki – i tak mija, dzień za dniem, a gdzieś po drodze przemijają cuda rzeczywistości, będące tak bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki. Zatracamy się w pogoni za iluzorycznym szczęściem, wpajanym nam do głów przez media i konsumpcyjny model życia. Chcę mieć nowe BMW M3, jasne że tak i nawet wierzę w to, że taki samochód dałby mi wiele radości. Ale nie wiem czy sam ten samochód spowodowałby, że moje życie byłoby szczęśliwsze. I tak jest ze wszystkim, do czego dążymy bo jest dla nas „dobre i fajne” a kiedy już to mamy to nagle okazuje się, że radość była krótka i chcemy znów czegoś więcej. Nie marzyłem o wspinaczce w wysokie góry. Nawet o tym za bardzo nie myślałem. Siadłem w końcu na szczycie, na wysokości 2000 m.n.p.m, otulony promieniami popołudniowego słońca, zapierającymi dech w piersiach widokami i zapachem fascynującej mnie kobiety – i wtedy poczułem to za czym wszyscy tak bardzo pędzimy, nie wiedząc jak i dokąd. Szczęście. Czystą radość z ulotnej chwili. Odrobinę sensu w popieprzonym świecie. Poczucie spełnienia, którego dawno nie czułem.

DSCF2084

Większość z nas ciągle ma „pod górę”. Miłość, praca, nauka. Ciągle do przodu a szczytu nie widać. „Tyle jeszcze przede mną” – myślimy, zapominając ile już jest za nami. Stań na chwilę. Spójrz „z góry” za siebie i uświadom sobie jak wysoko już jesteś. Mój „Mount Everest” jest tak wysoko, skryty za mgłą, że nawet go nie widzę. Ale widzę ile już przeszedłem i jak długa to była droga. Nie wiem ile jeszcze trudnych podejść przede mną, i czy w jakimkolwiek momencie będzie „z górki”. Ale skoro doszedłem tu gdzie jestem – to znaczy, że mogę dojść jeszcze dalej. I mam na to siłę. Bo szczęście nie jest tam na górze – jest zaraz obok, jeśli tylko pozwolisz samemu sobie zatrzymać się na chwilę i dostrzec małe cuda, które są blisko, na wyciągnięcie ręki.

DSCF2068

Finałowo

By | Podróże | No Comments

10419620_10204451509830669_6621397807261360795_n

W chwili gdy piszę te słowa w najlepsze trwa trzeci, ostatni festiwalowy dzień. Pora na trochę więcej słów o tegorocznym Woodstocku.

Organizatorzy podają, że uczestników jest już ponad 500.000 – bramy wjazdowe były zamknięte już od wtorku i od tamtego dnia już widać było duże obłożenie. I mimo iż wrażenie, że festiwal się rozlazł i zajmuje każdą możliwą przestrzeń w naprawdę sporej okolicy – to nie czuć jakoś szczególnie w tym roku tego tłumu. A może to właśnie dlatego, że wszystko się tak rozjechało? Piwo jest w trzech miejscach, bankomatów dużo więcej, pasaż handlowy poszerzono zostawiając więcej miejsca na przejście. Nawet toi-toi jest więcej i trafiają się w miejscach gdzie – nie przypuszczałbyś. Sporo gastronomii, która tradycyjnie jest tak obrzydliwa, że nie ma najmniejszego sensu się jej tykać co zresztą widać bo tam akurat, kolejek dużych nie ma. Lidl jak zawsze pełen ludzi, nie ma chyba dobrej godziny aby iść tam i nie czekać zanim się wejdzie dobrych kilkunastu jeśli nie kilkudziesięciu minut.

Fajnie, że mała scena przeniosła się na dół. Góra została zagarnięta w całości przez ASP i organizacje co tworzy pozytywny klimat warsztatowo-rekreacyjno-relaksacyjny. Na dole jest piekło, na górze całkiem przyjemna strefa spokoju. Tak jak nie lubię Greenpeace’u tak ich instalacja fotowoltaniczna do ładowania telefonów na górce ASP robi wrażenie. Szczególnie nie przyglądałem się wszystkim NGO’som tam wyłożonym, ale śmiało można powiedzieć, że jest ich dużo dużo więcej niż rok temu.

Na dole wrażenie robi diabelski młyn od Allegro. Będzie to na pewno znak rozpoznawalny 20 Edycji Festiwalu na wszystkich zdjęciach panoramicznych, bo stojąc obok sceny tworzy bardzo ładną scenerię.

Boleję trochę, że w tym roku jestem na PW tak późno. I tak słabo zorganizowany. Bez narzędzi i bez planu nie udało nam się zbudować konkretnego obozu jak miało to miejsce w poprzednich latach, ale wylądowaliśmy na całkiem przyjemnym zadupiu daleko za namiotami kryszny. Wielka łąka zamieniła się w pole namiotowe, zapełnione w dużej mierze obcokrajowcami. Żółta wielka flaga POZNAŃ przy wjeździe – to ta polana. Można nawet powiedzieć, że dorobiliśmy się sceny alternatywnej granej wprost ze starego ale nagłośnionego konkretnie Forda Transita. Jako, że odgłosy sceny są już u nas przytłumione, kierowca robi nam za dj-a. Co w przypadku kiedy o 3 nad ranem leci figo-fagot prowadzi do gróźb wybicia szyb, aczkolwiek za słowem jak na razie nie idą czyny.

Koncerty? Kolejny z wielkiego rodu Marleyów, wcześniej mi nie znany Ki-Mani szału nie zrobił. Ot, pobujał w rytmie reggae ale bez większego szału. Kapela ze Wsi Warszawa – miało rozbujać parkiet późno w nocy, ale coś chyba poszło nie tak. Mimo bliskości sceny chyba zmęczenie wzięło górę. Wielkie nadzieje wiąże z dzisiejszą Mariką i Spokoarmią. To powinno być miłe. Pomijając główną scenę – ta rozstawiona w wiosce piwnej, grająca pomieszanie elektro z trapem i ogólnie szerokopojętymi bangerami naprawdę robi robotę. Czasem nawet lepszą…

Pogoda dopisuje. I ciągle gdzieś wędrując pojawia się znajoma a dawno nie widziana twarz. Tylko tutaj.

 

 

Woodstock2014 – The Beginning

By | Podróże | No Comments

DSCF1839male

Jak co roku, powróciłem na chwilę do Kostrzyna nad Odrą. Wszystko, się w życiu zmienia, ten punkt na wakacyjnej mapie pozostaje obowiązkowy. Woodstock zaczął się wczoraj, dzisiaj pierwsza relacja, i bardziej dotycząca samej kwestii organizacyjnej tegorocznego festiwalu, niż zachwytów nad kapelami, bo na to jeszcze przyjdzie czas i „to trzeba przeżyć” jak to się zwykło mówić.

Pierwsze przed czym chciałbym przestrzec wszystkich tych, którzy wybierają się na Woodstock z południowych krańców Polski i dziwnym trafem GPS pokieruje was „najszybszą drogą przez Niemcy”. Jako, że w tym roku wybrałem się w trasę dopiero w środę późnym popołudniem, nasza trasa przebiegała w godzinach nocnych. Czemu więc nie dojechać A4 a potem A18 do samej granicy i potem śmignąć do Kostrzyna rewelacyjnymi niemieckimi drogami? Bo te drogi, może i są niemieckie, ale nie są fantastyczne, powiedziałbym wręcz, że są niesamowicie hujowe.

Więc tak, jesteśmy w Niemczech w środku nocy i GPS nam zwariował, droga, którą mieliśmy jechać z asfaltowej przerodziła się w zwykłą szutrową drogę leśną i JEDŹ PAN. No, jakoś wyjechaliśmy. Natomiast asfalt wcale nie lepszy – nie wiem czy Niemcy mają tak w zwyczaju, czy może hajsu brakuje na utrzymanie dróg lokalnych ale o czymś takim jak wymalowane farbą odblaskową pasów na jezdni to już za dużo… Do tego wioseczki, wszędzie zwolnienie do 50 kmph, jakieś dziwne meandry. Ahh, zatęskniło się za przejazdem w okolicach Jezusa ze Świebodzina.

Kiedy wtoczyliśmy się już na pole namiotowe, po słownej utarczce z ekipami porządkowymi „niema wjazdówki? to niema wjazdu! odbierzecie jutro!” wizja koczowania przy drodze, i późniejsze szukanie miejsca w pełnym słońcu nie wydało nam się atrakcyjne. Korzystając z rady dobrych kolegów, stwierdziliśmy, że spróbujemy przejechać przez las. Pomyliła nam sie co prawda droga dla crossów z droga dla samochodów ale… No właśnie, próbowaliście kiedyś pokonać las dużym 7 osobowym vanem z napędem na przód i łysymi oponami? Nie próbujcie…

Po 3 godzinach w końcu znaleźliśmy nasz przejazd i nasze miejsce. Udało się, chociaż chwil zwątpienia zaliczyliśmy kilka…

Woodstock jest w tym roku większy, zresztą z roku na rok straszliwie się rozrasta. Mała scena znów stoi na dole, na górę całą przeznaczono na ASP. Good move. Jest więcej bankomatów, większa strefa kąpieli, znów Lidl. Allegro wybudowało Diabelski Młyn obok sceny – pięknie to wyglada na panoramkach. Ludzi w ciul. Biuro Prasowe pracuje od początku lepiej niż rok temu, muszę przyznać, że same plusy.

Dzisiaj dzień eksploracji – przeglądania wydarzeń od rana, rozmów z ludźmi, przeżyć. Czy będzie o czym napisać? Na pewno. A czy ciekawie? Dowiecie się jutro ;)