„Ludzi trzeba brać takimi, jacy są, a nie takimi, jacy być powinni” (Franz Schubert)

Latest

Redefinicja

Ramy, ramy, tkwimy w ramach. Większość ram narzuca nam społeczeństwo i sytuacje w których się znajdujemy. Jestem Europejczykiem, Polakiem, studentem – tych ram nie odrzucisz, są i już. Dalej inne, sytuacyjne, tu już decydujesz. Ludzie próbują narzucić Ci swoją ramę. Kobiety na ten przykład, Ty tutaj love love i nagle ramą w pysk – „zostańmy przyjaciółmi”. Wkurwiające. Dlatego właśnie, trzeba narzucać swoje ramy. Najpierw samym sobie potem innym. Ale co samym sobie? Mam się zamykać w jakiejś ramce określonego zachowania kiedy przecież chcę być wolny jak ptak?

Ah kurwa, nie pierdol. I tak sobie zarzucasz sam ramy – tego nie zrobię bo mi sumienie nie pozwala, tego nie zrobię bo sobie ktoś coś pomyśli. Myślisz o rzeczach w określony sposób. Wykonujesz czynności w określony sposób. Masz jakiś swój schemat. Pewnie wypracowywany latami. Może nawet myślisz sobie „przecież to mnie definiuje, to jakim człowiekiem jestem jest wypadkową moich myśli i mojego zachowania”. Racja. Niech będzie. Też tak myślę. Dochodzimy do sedna.

REDEFINICJA. Przeczytaj mój poprzedni post. Ale pesymizm. Ale hujoza. Kurwa, istny człowiek problem. No. Właśnie. Taka rama. Rama człowieka porażki. Coś się nie udało to natychmiast dół. Brak motywacji. Niechęć. Apatia. Złe rozwiązania. Bagno i patologia. Czy to się może podobać? Komu?! NIKOMU! Dlatego zredefiniowałem ramy swojego myślenia.

Nie wiem co było czynnikiem inicjującym. To był chyba proces, który zaczął się pewnego kwietniowego przedpołudnia kiedy chodziłem przez 21 minut z głową w chmurze i słuchałem rozważań na temat życia, napisanych przez pana, który mówił mi, że ogólnie bazuje na bajkach z Hawajów. Proste słowa. Prosty przekaz. Wtedy poprawiło mi to cały dzień, ale tylko dzień. Jednak. Zakotwiczyło się. Coś zostało. Potem zwyczajnie, potem majóweczka, a teraz… ENERGIA. Banalnie. Napompowałem się pozytywami i nie mówię tu o prozacu. Pomyślałem – to mogę. I to mogę. To zrobię. I to też. No dobra panie optymisto, a jak nie wyjdzie? – taka myśl, od razu, jak zwykle. Normalnie bym się jej przyczepił. Odrzuciłem. Odrzuciłem możliwość porażki definitywnie pozbywając się tej myśli z mojej głowy. Życie to wojna, walki i potyczki, może i dostanie się ten wpierdol jeszcze nie raz, ale koniec końców, my będziemy zwycięzcami całej tej wojny kiedy na starość wnuk zapyta „dziadku, a opowiesz mi bajkę?”.

Zarzuciłem sobie nową ramę. Bardzo prostą. „Dzisiaj jest pięknie, jutro będzie jeszcze piękniej”. Twarda rama. Wykułem ją z 23 lat porażek. Żaden skurwiel i żadna kurwa nie da rady zdjąć ze mnie tej ramy. I choćby skały srały, obiecuję Ci to, obiecuję to sobie. Zobaczysz.

REDEFINICJA OSOBOWOŚCI

Wstań lewą nogą…

… niech spierdoli się cały dzień. Najpierw pobudka koło 5:30. Potem kolejna o 8:00. Potem znów o 10:00. Huj, że położyłem się spać o 4 rano kiedy już świtało, przecież wysypiałem się od początku tygodnia. No i chyba lewusek, nie ta noga powędrowała na podłogę, bo kiedy już się obudziłem nie czułem żadnych emocji w sobie. Oprócz wkurwienia. Które narasta. O małe rzeczy. I o duże rzeczy. O te na które mam wpływ w każdym procencie i o te na, które nie mam wpływu absolutnie żadnego.

Agresja. Tyle agresji we mnie. Jakby odkręcić kurek mojej głowy to by się ładne pucharki tej nienawiści napełniły. Agresja ze słów, z myśli, z czynów. Czasem jakiś overflow i w bezsilności zaczynam bić pięściami w drzwi, twarde drewniane drzwi, kości bolą, palce bolą, ręce bolą a ja dalej chcę napierdalać bo wtedy mniej mnie głowa boli… Wczoraj? Dzisiaj? Dzisiaj. Zaraz przed snem, pewna myśl w głowie i wizualizacja pełna agresji. I marzę sobie, marzę, żeby wypierdolić jednej osobie w ryj, i bić i bić i bić aż opadnie z sił, aż zdechnie aż zniknie, aż niebyt pochłonie tą przeklętą duszę, która zabrała mi szczęście. Adrenalina płynie w żyłach tylko nie potrafię jej wykorzystać do dobrej pracy…

Nie ma majówki w tym roku. To pierwszy taki rok. Nie ma majówki bo nie ma nikogo. Byłem na działce 3 dni i prawie sam i to też nie był odpoczynek. Gdyby mózg wypalał się od intensywnego myślenia to chyba popiołu z mojego byśmy nie zebrali. Jak odpocząć psychicznie, tak po prostu, kiedy tego wszystkiego się tak kurewsko dużo nazbierało. NO CO JEST KURWA. W ameryce przepisują prozac. Słońce w pigułce, jak słyszałem gdzieś gdzieś kiedyś. Kraj gdzie wszyscy łykają jakieś leki, gdzie statystycznie najwięcej ludzi umiera z przedawkowania, faszeruje swoich obywateli takim słońcem. No i chyba działa, ten eksperyment społeczny, nie damy im szczęśliwego życie bo byśmy se od koryta odjęli, to damy im złudne poczucie szczęścia w pigułce… Jakie to proste!

GITS2 ostatnio (ostatnio czy kilka tygodni temu?) obejrzałem ponownie. Idea przeniesienia swojej osobowości do sieci, odcięcie od uczuć, bezpośrednie połączenie z nieograniczoną wiedzą… Czasem wydaje mi się to piękne, mimo, że to chyba odcięcie od człowieczeństwa.

Ale czy to ja wybrałem, że zostałem człowiekiem?

Pobudka

Nie zaciągnąłem wczoraj żaluzji na noc. Dzisiaj rano chytrze wykorzystało to słońce, świecąc mocno promieniami w moją twarz i krzycząc „wstawaj, wstawaj, już czas!”. Pokręciłem się trochę z boku na bok, uchyliłem okno i wstałem. Nawet przez nie mytą od 2 lat szybę jak z pustostanu świat na zewnątrz jest ładny kiedy tak świeci. Kiedy budzi mnie nie budzik a właśnie promienie słońca na twarzy to aż chce się wstawać. Taki dobry poranek. Kawka, papieros, groovesalad i pierwsze newsy w internecie. I nagle okazuje się, że jest 8:23, godzina o której powinienem być pogrążony w głębokim jeszcze śnie…

Komputer odmówił posłuszeństwa. Wczoraj, nastraszył mnie, że odszedł do elektronicznych zaświatów na dobre. Już drugi raz byłem święcie przekonany, że w dobie gównianego sprzętu, i mój asusik powiedział „basta, ja już się napracowałem”. Na szczęście nie, powstał z martwych. I chwała Bogu, bo ostatni backup zdjęć robiłem… Dawno. Byłoby szkoda, stracić bezpowrotnie tyle wspomnień uwięzionych w pikselach. Wszystko inne się odzyska, filmy, muzykę, kontakty. Może zacząć to wszystko wrzucać w chmurę? Teraz wszyscy wszystko przetwarzają online. Tylko gdzie ja to pomieszczę. Nawet serwer Vegepic nie wyrobi. Trzeba będzie się zastanowić.

No właśnie, my, nasze pokolenie, mamy setki zdjęć, niektórzy tysiące. Z jednej imprezy przynosimy kilkadziesiąt. Potem wszystko na dysk, na płytkę, na fejsbuczka kilka, i zapominamy. Nasi rodzice – kilkadziesiąt pochowanych w jakimś pudełku bądź zakurzonym albumie zdjęć z całego okresu studiów. Wszystkie wspomnienia w głowie. Nie było sieci by kolekcjonować zdjęcia, by trzymać nagrane z wakacji filmy, zero internetowych pamiętników. Kilkadziesiąt lat życia, przeprowadzki, wielkie i mniejsze zmiany. Czas by wspomnienia pogubić. Część zostawić za sobą. Przefiltrować, tak by zostały te naprawdę ważne. Zastanawiam się jak nam się to uda, kiedy dostęp do tego co było kilka lat temu mamy od ręki. Możemy o niczym nie zapomnieć, bo wszystko możemy sobie przypomnieć. To chyba obniża poprzeczkę. Czy dalej musimy zrobić w swoim życiu coś wielkiego aby potem ktoś o nas wspomniał? Czy wystarczy nagrać swoje życie na dysku twardym, historię mnie, a potem kiedyś, może nasi potomkowie otworzą tą puszkę pandory, i będą wiedzieć wszystko o swoim pra-pra-pra dziadku? A może robimy to tylko dla siebie, a na skraju, zaraz przed podróżą w największe nieznane, każemy sobie zniszczyć to wszystko, skoro nas samych już nie będzie, a jedynym świadectwem naszego istnienia, jak przez setki lat wcześniej będą nasze czyny?

Przyszła wiosna. Wychodzenie z marazmu po długiej zimo-jesieni uważam za otwarte.

PS Posłuchaj

Rap

Ostatnio (a właściwie jakiś czas temu) natknąłem się w sieci na ciekawą ikonografikę. Ciekawą bo traktującą o polskim hip-hopie. Myślę, że jak na streszczenie – zrobione świetnie. Zobaczcie:

polski rap obrazek

Czytając o tym, przypomniałem sobie moje początki z rapem, powolne wchodzenie w temat i mimowolną fascynację bitami. Gdyby tak przypomnieć sobie co działo się w moim życiu w tych kluczowych dla Rapu momentach…

[Link do oryginału: http://klub.fm/blog/2012/01/historia-polski-rap/]

Totalbrainostalgiafuck.

Milion myśli. Tyle ich płynie przez głowę, a tylko na kilku zatrzymuję się na chwilę. Chwila, która trwa długo. Uderzyła nostalgia, strasznie i przeraźliwie. Czy to ten nowy timeline na fejsie, czy może okoliczności kilku ostatnich dni. Na pewno też. To ta ziemia to osiedle, taki klimat miejsca gdzie się wychowało gdzie każdy zakamarek jest Twój chociaż, trochę się zmieniło ale i tak tajemnicy nie ma. Najważniejsze lata okresu dorastania – to tu. Chociaż większość czasu spędzam gdzie indziej to tu najmilej się wraca, i zawsze będzie.

Ale, dzisiaj wigilia 24 grudnia. Bez śniegu, deszcz. Anno Domini 2011. Za rok prognozują koniec świata. Spotkać się więc w 10 chłopa w ten pic na podwórku, zapalić kiepa i pogadać o życiu – to nasza wigilia. Nostalgicznie bo każdy niby się tam zmienił ale tak naprawdę to gówno nie zmiana bo jaki kto był taki pozostanie.

A oba dni wcześniej, impreza na bogato co pokazuje jak latka lecą i możliwości ma się większe a i tak chodzi o to samo. Cieszyć się i nie przejmować. Jak zwykle.

Gorzej z tym nie przejmowaniem się. Niby człowiek starszy, więcej rozumie, swoje przeżył, pouczył się na błędach swoich i cudzych a i tak wpada w taką samą pułapkę, dokonania błędnej oceny i złego wyboru. I się przejmuje.

No bo jak się nie przejąć, kiedy kolejny raz z rzędu, zajebista dziewczyna, która wydaje Ci się wyjątkowa w każdym calu, robi coś, czego ni huja się nie spodziewałeś. Ergo, cały Twój plan na „w końcu fajną i zdrową relację z kimś extra” idzie w pizdu. Kminienie nad tym powoduje tylko więcej frustracji, obczajasz. Nad błędami się zastanawiasz, przyczynami a może jakieś fatum, kurwa, możliwe przecież.

A tak naprawdę laska Cię po prostu wyrolowała…

Który to już raz…?

Niech spierdala.

PS Jeżeli ten sylwester będzie taki gruby jak ostatnie dni, to czekałem na niego dobrych kilka lat.

 

 

Coś na prawdę.

Mały prywatny sukces. W końcu coś z czego się ciesze, co sprawiło mi satysfakcję i dało niejako powód do dumy. Niepełny miesiąc po powrocie z Brukseli, odwlekając i odwlekając to w nieskończoność wreszcie zaprezentowałem światu mój amatorski wywiad z Nigelem Faragem. Zrobiłem go na szybko, stresując się trochę. Ale wyszedł, w moim odczuciu nawet nie najgorzej. Dawaj panie go na Wykop, tam lubią Faraga! No, nie pomyliłem się. Nie to, żeby reakcja na wideo przerosła moje oczekiwania bo spodziewałem się podobnych wyników, ale… Ale się chwalę teraz! Siedziałem z Mizunim i patrzyliśmy przez pierwszą godzinę jak rosną wykopy, jak dobiło 300 i wskoczyło od razu na główną. A potem lawina wykopów i komentarzy.

Nigel Farage na Wykop

Wykopowiczom się spodobało, jeden z nich przerobił moje tłumaczenie na napisy do filmiku (wielkie thx!), wyszło super. Muszę popracować tylko nad angielskim, akcent kurwa!, ale ciężko kiedy głównym polem do rozmowy po angielsku jest mumble z kolegami z Litwy :D Przez 3 dni licznik na JuTube nabiłał odwiedziny i teraz solidnie już zwolnił. Ale mimo wszystko, bariera 20.000 odsłon została osiągnięta:

 

Teraz czekam na możliwość przeprowadzenia innego wywiadu, bardziej pr0 ;)