„Ludzi trzeba brać takimi, jacy są, a nie takimi, jacy być powinni” (Franz Schubert)

Latest

Totalbrainostalgiafuck.

Milion myśli. Tyle ich płynie przez głowę, a tylko na kilku zatrzymuję się na chwilę. Chwila, która trwa długo. Uderzyła nostalgia, strasznie i przeraźliwie. Czy to ten nowy timeline na fejsie, czy może okoliczności kilku ostatnich dni. Na pewno też. To ta ziemia to osiedle, taki klimat miejsca gdzie się wychowało gdzie każdy zakamarek jest Twój chociaż, trochę się zmieniło ale i tak tajemnicy nie ma. Najważniejsze lata okresu dorastania – to tu. Chociaż większość czasu spędzam gdzie indziej to tu najmilej się wraca, i zawsze będzie.

Ale, dzisiaj wigilia 24 grudnia. Bez śniegu, deszcz. Anno Domini 2011. Za rok prognozują koniec świata. Spotkać się więc w 10 chłopa w ten pic na podwórku, zapalić kiepa i pogadać o życiu – to nasza wigilia. Nostalgicznie bo każdy niby się tam zmienił ale tak naprawdę to gówno nie zmiana bo jaki kto był taki pozostanie.

A oba dni wcześniej, impreza na bogato co pokazuje jak latka lecą i możliwości ma się większe a i tak chodzi o to samo. Cieszyć się i nie przejmować. Jak zwykle.

Gorzej z tym nie przejmowaniem się. Niby człowiek starszy, więcej rozumie, swoje przeżył, pouczył się na błędach swoich i cudzych a i tak wpada w taką samą pułapkę, dokonania błędnej oceny i złego wyboru. I się przejmuje.

No bo jak się nie przejąć, kiedy kolejny raz z rzędu, zajebista dziewczyna, która wydaje Ci się wyjątkowa w każdym calu, robi coś, czego ni huja się nie spodziewałeś. Ergo, cały Twój plan na „w końcu fajną i zdrową relację z kimś extra” idzie w pizdu. Kminienie nad tym powoduje tylko więcej frustracji, obczajasz. Nad błędami się zastanawiasz, przyczynami a może jakieś fatum, kurwa, możliwe przecież.

A tak naprawdę laska Cię po prostu wyrolowała…

Który to już raz…?

Niech spierdala.

PS Jeżeli ten sylwester będzie taki gruby jak ostatnie dni, to czekałem na niego dobrych kilka lat.

 

 

Coś na prawdę.

Mały prywatny sukces. W końcu coś z czego się ciesze, co sprawiło mi satysfakcję i dało niejako powód do dumy. Niepełny miesiąc po powrocie z Brukseli, odwlekając i odwlekając to w nieskończoność wreszcie zaprezentowałem światu mój amatorski wywiad z Nigelem Faragem. Zrobiłem go na szybko, stresując się trochę. Ale wyszedł, w moim odczuciu nawet nie najgorzej. Dawaj panie go na Wykop, tam lubią Faraga! No, nie pomyliłem się. Nie to, żeby reakcja na wideo przerosła moje oczekiwania bo spodziewałem się podobnych wyników, ale… Ale się chwalę teraz! Siedziałem z Mizunim i patrzyliśmy przez pierwszą godzinę jak rosną wykopy, jak dobiło 300 i wskoczyło od razu na główną. A potem lawina wykopów i komentarzy.

Nigel Farage na Wykop

Wykopowiczom się spodobało, jeden z nich przerobił moje tłumaczenie na napisy do filmiku (wielkie thx!), wyszło super. Muszę popracować tylko nad angielskim, akcent kurwa!, ale ciężko kiedy głównym polem do rozmowy po angielsku jest mumble z kolegami z Litwy :D Przez 3 dni licznik na JuTube nabiłał odwiedziny i teraz solidnie już zwolnił. Ale mimo wszystko, bariera 20.000 odsłon została osiągnięta:

 

Teraz czekam na możliwość przeprowadzenia innego wywiadu, bardziej pr0 ;)

Zima w drodze

Brr. Wróciłem do Lublina. Raptem 2 tygodnie temu chodziłem po Brukseli w krótki rękawku i było mi gorąco, dzisiaj na dworze jest mi zimno w bluzie, kurtce i kapturze. Wypizd niebagatelny, widać, że zima szykuje się w tym roku do ostrego natarcia. Swoją drogą gdzieś czytałem, że w tym roku może zadziałać magia i w grudniu będziemy mieli 20 stopni. To by była polewka.

W samym Lublinie oczywiście nic się nie zmieniło. Korki te same, tak samo nie a gdzie parkować, jest kilka nowych autobusów i niby jeżdżą częściej ale jakoś nie mogę tego zauważyć. Wszędzie dookoła rotacja, ludzie pozmieniali swoje miejsca zamieszkania a ja nadal w tym samym miejscu. Jest dobrze chociaż w naszym super-highendowym apartamencie zaczynają się psuć proste rzeczy… Trzeba to będzie samemu wymienić bo właściciel mieszkania ma to najogólniej mówiąc w dupie. Trzeba żyć. Plan dobry jak na semestr zimowy także myślę, że jeśli tylko lenistwo mnie nie zabije to przetrwam ten semestr. Chociaż leń jest jak narazie silny – odrabia sobie za mało wypoczęte wakacje.

Obejrzałem film. Absolutnie epicki. Polecam, warto.

Arabian Nights

Bruksela. Miasto mniejsze od Warszawy, stolica Zjednoczonej Europy pełna nastawionych antyeuropejska reprezentantów kultury Islamu, pracujących na czarno biorących zasiłki, brudasów. Ok uogólniam. Codziennie rano przejeżdżam przez muzułmańską dzielnicę dlatego. Ogólnie wszystko tu jest fajnie skomunikowane, da się dojechać komunikacją gdzie się chce (współczuję kierowcom, mają przejebane jeździć w tych zastawionych samochodami uliczkach, stalowe nerwy, propsy). Metro jest brudne ale fajne, tramwaje nowe i też fajne. Drogo, z polskiej perspektywy. I mogłoby to wszystko dłużej jeździć bo po 24 dostanie się gdziekolwiek jest utrudnione. Jest raczej spokojnie jeśli omija się wiadomo-jakie patologiczne dzielnice. Imprezy i zaplecze git dzieje się ogólnie na tyle by się pobawić w międzynarodowym towarzystwie. Zielono jest, aktualnie pogoda wybitnie letnia sprzyja siedzeniu w parku z piwkiem i jointem (full, legal więc polski chłopaczek nie musi bać się o radiowóz za rogiem).

Odpoczywam po 5 dniach samotnego siedzenia w biurze. Niby nic, ale wiszenie na telefonie, sprawdzanie pisanie maili jest nudne i strasznie męczy. W tym tygodniu akurat wszytko w Strasburgu więc tutaj nic się nie dzieje. Parlament. Politycy, asystenci stażyści, konferencje, briefingi. Fajnie jest kiedy można sobie posłuchać popatrzeć, zjeść dobre żarcie w stołówce, zapalić papieroska z kawką w palarni gdzie wszystko jest max żółte (gdzie indziej nie można twardy zakaz, walka z nikotynizmem trwa na skalę europejską). Niedługo koniec, powoli trzeba myśleć nad ogarem. I miss you Lublin, zaczyna się kolejny rok, hah trzeba jeszcze zaliczyć stary, w sumie czuję się jakbym wracał bo dłużej byłem w rozjazdach niż w domu. I znów zaraz Lubelska zima.

Zastanawiam się, jak ja będę bez Pringlesów w Polsce żył?!

Tyle lat.

Od 22 lat żyję i jestem cząstką świata. Uczestniczę w wydarzeniach, obserwuję zmiany wszystkiego, niezmienność innych rzeczy. Lata lecą. Wesele siostry uświadomiło mnie jak to wszystko szybko zapierdala, zmienia się. Tyle ludzi przewinęło się już. Znajomi. 7 lat ich nie widziałem, a kojarzę jak dziś, tyle śmiesznych sytuacji, tyle różnych sytuacji z nimi związanymi związanymi ze mną. Tak jakby to było przed chwilą, za pstryknięciem palcem. Dni kiedy poznałem Czarną Ósemkę, jakiś wieczorny pokaz filmów gdzieś gdzieś nawet nie wiem gdzie to było, projektor czy kineskopowy telewizor podłączony, 15 lat na karku, karimata i śpiworek, obcy ludzie wtedy dla mnie znajomi siostry, próbuję poznać, jakieś harcerskie żarty których nie rozumiem, klimat w którym nie jestem jeszcze, jakieś dziewczyny, które moje wewnętrzne ja nakazuje mi poznać, potem kurs żeglarz jachtowy teoria w hufcu ZHP kilka miesięcy wieczorami zimno, rysujemy manewry co jacht, Perkoz, namioty wilgotno zimno cały dzień na Omedze, już was poznałem, już mi się to podoba, jakiś melanż, teraz tak o tym myślę i przypominam sobie jeszcze więcej szczegółów szczególików… Patrz, to było Bartek 7 lat temu, nie widziałeś kogoś tyle czasu. Smutek wpadł w móżdzek, nostalgia jak huj, tyle czasu zleciało, pierdoli się każdego dnia z tyloma niepotrzebnymi rzeczami, a potem siada się wieczorem i myśli, o każdej tej chwili, każdym momencie który BYŁ, nie powtórzysz tego, nie wrócisz do sytuacji, które były, tylko, żeby pamiętać jak to było zajebiście, jak kurwa bardzo było zajebiście.

Taki impuls poszedł, impulsem było wesele, poprawiny, kilkanaście godzin spędzone z dala od codziennych, przyziemnych i często nudnych rzeczy. Jakiś czas temu moja wyobraźnia nie ogarnęłaby tematu siostry stojącej w białej sukni w kościele i składającej przysięgę, że będę zawsze i nie opuszczę. Za jakiś czas ktoś będzie patrzył na mnie mówiącego jakiejś kobiecie, że będę jej i kochał do końca świata. Sam spojrzę pewnie wtedy na siebie i znów pomyślę o wszystkich latach mojego życia, które były wcześniej, zaszklą mi się oczy i pomyślę, że to se ne vrati…

Zaraz Woodstock

Do oficjalnego rozpoczęcia XVII przystanku Woodstock pozostał jeden dzień. Jednak miasteczko festiwalowe tętni życiem już od 2 dni. To z jednej strony potwierdzenie przewidywań, że w tym roku ludzi będzie więcej, że będą też wcześniej, ale z drugiej strony zaskoczenie – jak to, już w poniedziałek tyle ludzi?

Pierwszy dzień to była zabawa w obóz. Znalezienie miejsca, ogrodzenie tego miejsca, postawienie namiotów, zapoznanie z sąsiadami. Prezentacja Wooda tym, którzy są tu po raz pierwszy. Każdy newcomer zawsze mówi to samo – o kurka, jak tu jest zajebiście.

LIDL! To była chyba największa niespodzianka. Postawili Lidla, pełnowymiarowego, z dosłownie wszystkim co może być potrzebne na festiwalu. I ceny, normalne ceny lidlowe, 5 litrów wody za 1,5zł, lody za zeta, no amazing amazing. I płacenie kartą. Jak na zachodzie, powoli Woodstock się cywilizuje, i mimo, że pancury są wszechobecne i dalej sępią wszystko co się da, śmierdzą i wkurwiają wszystko na około, to Jurek ma dobre pomysły, i jeżeli dalej ten postęp w infrastrukturze będzie postępował to ten festiwal będzie jeszcze lepszy!

Żetony… Zeszły rok był dobry, bo kolejek nie było ani do jedzenia ani do piwa. Nie wiem czemu tegoroczny sponsor główny, czyli Carlsberg ubzdurał sobie, że żetony na piwo to będzie dobry pomysł… Nie, nie jest bo kolejki tworzą się już teraz, a co dopiero gdy festiwal na dobre się rozpocznie.

Większość osób przyjeżdzała tu chyba w strachu – w końcu mieliśmy lipcopad, pełen deszczu i zimna. Na szczęście Wood chyba przyciąga ładną pogodę – deszczu jeszcze nie było, dni są gorące, noce może troszkę mniej ale w niczym to  nie przeszkadza.

Fazy. Fazy to inna historia. Na inną notkę.

edit.

Około 18 zaczęło działać Radio Woodstock. Muzyka uderza, ale nagłośnienie ma 200.000 Wat mocy, więc niema się czemu dziwić.