21 MFF Etiuda&Anima – wrażenia po

www_560x294_01.indd

Wszystko co dobre szybko się kończy. Tak też w ekspresowym tempie dobiegła końca dwudziesta pierwsza edycja festiwalu Etiuda&Anima. Jeszcze przed chwilą męczyłem się z rozłożeniem recepcji tak by wyglądała pięknie a już trzeba było zrywać wykładziny, znosić meble i przywracać Rotundzie jej codzienny wygląd…

2014_11_21_22_54_40_HDR

Dużo się działo, kolejne wydarzenia towarzyszące, jeszcze więcej etiud, jeszcze więcej animacji, jeszcze bogatszy program. Co najbardziej zapamiętam z tegorocznej edycji?

Koncert zespołu Południca! Znów, piękna muzyka grana na żywo pod film niemy – dla mnie jeden z najważniejszych punktów programu, wysoka sztuka przez duże S. Mam nadzieję, że za rok znów ich usłyszymy.

Kilka filmów. Niesamowicie rozśmieszył mnie „Zakwas Chlebowy” Fulvia Risuela, opowiadający historię rodzącego się uczucia pomiędzy dojrzałym mężczyzną i… zakwasem na chleb. I może nawet coś by z tego było, gdyby swoich trzech groszy nie wtrąciła pewna kobieta… Cóż, kobiety często psują coś czego nie rozumieją, ale niektóre sceny tego filmu, jak namiętne uniesienie na desce do wałkowania ciasta pozostaną na długo w mojej pamięci. Zupełnie inne spojrzenie na rzeczywistość, obudził we mnie film „Beach Boy” Emila Langbelle’a. Wiele osób, w tym i ja, marzy o piaszczystej plaży z palmami, lazurową wodą i ciepłem przez cały rok. To taki idylliczny obrazek, który często pojawia się w marzeniach kiedy myślimy o tym, gdzie chcielibyśmy zamieszkać na starość. A tutaj… Tutaj było o marzeniach chłopaka, który w takim miejscu żyje na co dzień. Pracuje jako kochanek i to o czym myśli, to wcale nie ta plaża, ale właśnie nasza zgniła Europa gdzie wszystko kręci się dookoła pieniędzy. Niesamowite scenerie i ciekawa fabuła – w pełni zasłużony Brązowy Dinozaur. Z animacji – „Półmokry” w reżyserii Sophie Koko Gate. Bo w końcu meduza zawiera 98% wody… i 2% meduzy. A człowiek? Najwięcej robi się go wtedy, kiedy zaczyna trochę wysychać… Był jeszcze Gottland, który liczy się dla mnie, głównie przez konkluzję tego filmu, wskazującą na upadek ideałów mojego pokolenia – w pół otwarty portfel, o tym myślę to mi daj.

1725083_846327802065332_962879777623860706_n

Pobawiłem się jeszcze na imprezie tureckiej, gdzie oprócz spróbowania absolutnie niemożliwie słodkich tureckich przysmaków (ilość cukru w cukrze OVER 9000!) próbowałem tradycyjnych ludowych tańców, co mimo świetnego przewodnictwa pani Anny, nie do końca wychodziło mi tak jak bym chciał, lecz i tak było niesamowicie świetną zabawą.

To był świetny tydzień, musiał taki być, bo E&A stało się dla mnie czymś co chyba najmocniej utożsamiam sobie z jesiennym Krakowem. Pierwsze wydarzenie, w które zaangażowałem się dwa lata temu kiedy los rzucił mnie do stolicy małopolski i dzięki, któremu poczułem jakąkolwiek więź z tym miastem. I kiedy już miałem z tego Krakowa wyjeżdżać, kiedy już pożegnałem ludzi stąd i Etiuda miała być dla mnie ostatnim przystankiem, okazało się, że będzie inaczej. Oh, losie.

Dziękuję ze swojej strony wszystkim fantastycznym ludziom, z którymi piłem, tańczyłem, dyskutowałem, pracowałem, czy zwyczajnie oglądałem filmy. Marysia – nie wiem co daje Ci tyle energii do robienia wszystkiego i ogarniania innych ale wielki props i szacun, Justyna – ze złamaną nogą codziennie na posterunku, recepcja zawsze poukładana, Alicja – widać pełnię serca wkładaną w ten festiwal, Błażej – sorry, że nie miałem już siły na tego Jazz Rocka, Agnieszka – że wytrzymałaś w rozmowie ze mną do 6 rano, co dla niektórych stanowi duże wyzwanie!

Mam nadzieję, widzimy się za rok!

WP_20141128_03_19_19_Pro

Koniec Watahy

3900644e6f0dd7742a2c3a0306aa3e26,35,1

Czy w dzisiejszym dniu, poza wyborami władz samorządowych, dzieje się jeszcze coś ciekawego? Dla fanów seriali tak – oto bowiem o godzinie 20:10 na kanale HBO będziemy mogli obejrzeć ostatnią część, sześcioodcinkowej mini produkcji pod tytułem „Wataha”. Serial, który miał być nową jakością a zapalonych serialowców podzielił na tych, którzy w tytule się zakochali i na tych, którzy wylali na niego wiadro pomyj.

W skrócie, mamy Bieszczady i granicę z Ukrainą, przemytników i celników, dobrych, złych i szarych, mamy zamach na jednostkę Straży Granicznej , głównego bohatera, który cudem przeżył i postanawia rozwiązać zagadkę, który to skurwiel zabił jego przyjaciół i dlaczego. Miało być kryminalnie, jest, i to się niestety czuje, bardzo „po polsku”. Pierwszy odcinek nudny jest tak straszliwie, że zastanawiam się jak HBO mogło go wypuścić. Przecież tworzą jedne z najlepszych seriali na świecie, co z tego, że „Wataha” została wyprodukowana przez Polski oddział – od tej stacji oczekuję, że poziom będzie trzymała cały czas. Potem jest już lepiej, intryga się zagęszcza, chociaż miałem nadzieję, że kolejne odcinki będą trochę bardziej trzymały w napięciu, spodziewałem się większej ilości akcji, której bardzo brakuje. Są za to zupełnie niepotrzebne dłużyzny, beznadziejna gra aktorska głównego bohatera, drętwe dialogi rodem ze Złotopolskich, i to co we współczesnych produkcjach jest już nagminne – aktorzy z totalnie zjebaną dykcją, tacy, którzy kurwa po prostu nie nadają się do grania w filmach czy serialach. Fabularnie wszystko rozwija się strasznie powoli, i do czasu gdy myślałem jeszcze, że jest to standardowa 13 odcinkowa produkcja nie przeszkadzało mi to nawet, ale dzisiaj zastanawiam się, jak ekipa tej produkcji zamknie wszystkie wątki w tym jednym ostatnim 40 minutowym odcinku. Szczerze – nie mam bladego pojęcia i obawiam się, że albo wiele wątków zostanie uciętych bez wyjaśnienia, albo dostaniemy rozwiązanie strasznie płytkie.

Przyznać natomiast serialowi trzeba jedno – jest fantastycznie zrobiony. Zarówno intro (stworzone przez chłopaków z Platige Image) jak i cała sceneria serialu są cudowne i pozwalają wczuć się w klimat wschodnich rubieży kraju. Oglądasz te bieszczadzkie szczyty, doliny przykryte mgłą, lasy i szałasy i rośnie w Tobie przeświadczenie, że jest tam pięknie, że chcesz te miejsca zobaczyć. Światowy poziom, w tym wypadku na pewno.

Ta produkcja nie zapisze się jako wybitna, w historii polskiego serialu. Ale po jej obejrzeniu, część z was na pewno zada sobie to samo pytanie, które zadałem sobie ja: „a może by tak pierdolnąć wszystko, i wyjechać w Bieszczady?”

Święta Zmarłych i tych żywych

cment_0064

Duchy na pewno nie przychodzą o północy. O północy trwają jeszcze wieczorne filmy w telewizji, nastolatkowie myślą intensywnie o swoich nauczycielkach, kochankowie zbierają siły przed następnym razem, stare małżeństwa odbywają poważne rozmowy o tym, co się dzieje z naszymi pieniędzmi, dobre zony wyciągają ciasto z piekarnika, a źli mężowie budzą dzieci, próbując po pijaku otworzyć drzwi do mieszkania. Zbyt wiele jest o północy życia, aby duchy zmarłych mogły zrobić należyte wrażenie. Co innego przed świtem, kiedy przysypiają nawet pracownicy stacji benzynowych, a brudne światło zaczyna wydobywać z mroku byty i przedmioty, których istnienia nie podejrzewaliśmy.

Zygmunt Miłoszewski – Ziarno Prawdy

W tym roku ludziom coś odjebało. Polskie społeczeństwo dostało jakiegoś pierdolca. Od tygodnia zewsząd i wszędzie bombardowany jestem informacjami o Helloween. Wczoraj mój Instagram osiągnął masę krytyczną jeśli chodzi o ilość zdjęć moich poprzebieranych za cokolwiek znajomych. Każda szanująca się knajpa musiała przypomnieć, że „TAK, u nas też jest impreza z okazji Helloween!”. Media zarówno prawej jak i lewej strony, znalazły doskonały temat do wzajemnego obrzucania się błotem – swoją drogą pytanie prezenterki TVP Info to Terlikowskiego ile dyń trzeba zjeść by popełnić grzech było zabawne. Co mnie w tym wszystkim wkurwia to postępująca McDonaldyzacja całego tego okresu okolic 1 listopada.

Czy ten kraj i jego mieszkańcy mają naprawdę tak zajebisty kompleks bycia gorszym, że muszą sobie go leczyć starając się na każdym kroku naśladować państwa zachodu? Nie zrozumcie mnie źle, nie mam absolutnie nic do Helloween bo to całkiem sympatyczne święto, ale do kurwy nędzy nie tutaj. Jest fajne w Ameryce, w Irlandii, w Szkocji – ale dlatego, że wynika z wieloletniej tradycji i zakorzenienia w anglosaskiej kulturze. Rodowód Helloween wynika wprost z celtyckiego święta Samhain i wszystkie elementy takie jak palenie ognisk, przebieranie się, nawet „cukierek albo psikus” mają odwołanie do historii i z czegoś wynikają. Pójście na imprezę będąc przebranym za wampira i najebanie się jak zwykle w weekend jest po prostu puste. Coraz więcej tej pustoty dookoła.

Zawsze lubiłem 1 listopada, ale jak można się domyślić, zupełnie nie z powodu wydrążonych dyń. To było dla mnie najspokojniejsze święto w roku, właśnie bez sztucznych przykrywek, medialnego szumu i komercjalizacji. W naszej kulturze wspominamy w te dni zmarłych, a że to już listopad, zimno wieczorem, pogoda jesienna to ten okres zawsze był dobry na chwilę zadumy nad tym jakie życie prowadzimy i co z nami się stanie kiedy odejdziemy. Uwielbiam cmentarze tego jednego jedynego dnia, późną nocą, z tysiącem zapalonych lampek i cieniami przemykającymi gdzieś pomiędzy nagrobkami. Zanurzam się w tym, pozwalając sobie tęsknić za tymi, którzy są już w mam nadzieję lepszym miejscu, niż ten ziemski padół w którym teraz żyjemy my. Wszystkich Świętych to jedno z nielicznych świąt, które nie jest dane dla nas. To nie Wielkanoc z pełnym pysznych rzeczy stołem, nie Boże Narodzenie z choinką i prezentami. To czas dla tych, których z nami już nie ma, by może na chwilę zwrócili swoje oczy na tych, którzy wciąż za nimi tęsknią. Dajmy sobie sami trochę spokoju, kiedy na co dzień raczej nie możemy na niego liczyć.

PS Nasza kultura miała w sobie coś a’la Helloween. To obrzęd Dziadów. Powinniście pamiętać z Mickiewicza, a jeśli nie, to przypominam:

Pozostawieni

leftovers

Pisałem ostatnio o przywiązaniu. Silnym uczuciu, które towarzyszy nam często gdy otaczamy się dobrymi osobami, a które często okazuje się czymś nie do zniesienia – wtedy gdy kogoś tracimy. Dzisiaj kilka słów o stracie, do których napisania zmotywował mnie Tom Perrota swoją powieścią „Pozostawieni”, którą właśnie kończę czytać, i serial na jej podstawie, który obejrzałem nie tak dawno temu.

Kiedy umarła bardzo bliska mi osoba, byłem w rozsypce. To było tak nagle, tak nieoczekiwanie. Tyle słów zostało do powiedzenia, tyle emocji do przekazania, tak dużo spraw do zrobienia razem. Nic nie było w stanie ukoić żalu, gniewu i złości. Tylko moja wiara w życie po śmierci pozwoliła ułożyć się jakoś z tym wszystkim, i tylko świadomość, że na końcu drogi znów się zobaczymy dała motywację do dalszego życia i normalnego funkcjonowania. Śmierć jest zresztą czymś wyjątkowo ludzkim i nawet jeśli niespodziewana to łatwa w racjonalizowaniu – ostatecznie spotka każdego z nas, prędzej czy później ale każdy jej doświadczy. Trudniej walczyć z uczuciem porzucenia, ze świadomym wyborem kogoś, kto zadecydował, że odchodzi. Niektórzy przyjmują to ze spokojem, trudne małżeństwa czasem z ulgą po czasie; inni walczą i racjonalizują, szukają odpowiedzi dlaczego, radzą sobie lub pogrążają w destrukcji jeśli nie. W końcu każdy z nas jest inny i inaczej radzi sobie z takim uczuciem.

Wyobraź sobie zwykły dzień. Może świeci słońce, a może mgła spowija cały świat tak jak dzisiaj. Wyobraź sobie, że ten dzień jest dobry – obowiązki łatwo się spełnia, kawa ma wspaniały zapach, Twój partner kupił bilety na wieczór do kina. Właśnie opowiada Ci o tym filmie, kiedy Ty przeglądasz szafę zastanawiając się co założyć. Ucichł. Wracasz do kuchni ale go niema, chociaż 10 sekund temu jeszcze był. Kawa nie zdążyła wystygnąć. Nadgryziony tost leży na talerzu. Przed mieszkaniem nie ma nikogo, na wieszaku wisi kurtka, buty dalej stoją. Myślisz, że to żart, ale kiedy zapłakana sąsiadka zaczyna krzyczeń na całą okolicę za swoim 2 letnim dzieckiem, kiedy obok samochód bez kierowcy wpada na latarnię, zaczynasz rozumieć, że coś się stało. Tylko… CO się stało?

Co się stanie gdy nagle, beż żadnego ostrzeżenia znikną miliony ludzi? Znikną tak po prostu, bez żadnej katastrofy, bez epidemii nieznanej choroby, bez ataku mordercy szaleńca, czy statków kosmicznych mknących przez niebo? Co będzie ze światem, w którym każdy stracił kogoś bliskiego – kochanka, przyjaciela, sąsiada, kolegę. Jak poradzą sobie z tym Ci, którzy pozostali?

To właśnie, próbuje pokazać Tom Perrota w swojej powieści. Małe miasteczko w USA trzy lata po „zniknieciu” i historię jego mieszkańców pogrążonych w żałobie po stracie bliskich sobie osób. W tle cały świat, próbujący racjonalnie wyjaśnić to co się stało a na pierwszym planie ludzie, którzy w różny sposób starają się żyć w rzeczywistości, która dla wielu stała się absurdalna i nierzeczywista. Wierzący, próbują tłumaczyć to Bogiem i biblijną historią o „Porwaniu Kościoła”. Fani teorii spiskowych widzą w tym kłamiący rząd i działalność kosmitów. Naukowcy, podpora racjonalizmu i wiedzy pewnej tym razem bezceremonialnie rozkładają ręce mówiąc „nie wiemy”. Każdy chce poznać prawdę, której nikt nie wie gdzie szukać.

Serial na podstawie książki nakręciło HBO, i jest to jedna z lepszych produkcji jakie dane mi było ostatnimi czasy obejrzeć. Mamy tajemnicę, dramat głównych bohaterów, życie ludzi, które nagle się załamało. Wszystko jest jakby za mgłą ale już od pierwszego odcinka czujemy, że coś wisi w powietrzu; coś co w połowie serii uderza z wielką mocą. Umiejętnie wplecione wątki z gatunku „nierzeczywiste” dodają smaczku i każą czekać na rozwiązanie gdzieś na końcu. Lecz koniec serii jest równie zaskakujący jak jej początek – miłośnicy wyjaśnień podanych na srebrnej tacy mogą poczuć się srodze zawiedzeni! Wysoki poziom tego serialu zapewnia nie tylko baza jaką jest świetna proza Perrota, jednego z najbardziej cenionych współczesnych pisarzy amerykańskich, ale też rewelacyjne kreacje głównych bohaterów. Justin Theroux, grający miejscowego szefa policji, nie mógł chyba lepiej oddać emocji nim szargających, których sam nie potrafi zrozumieć; Margaret Qualley, grająca jego córkę, pięknie pokazuje, że zewnętrzna maska obojętności w pewnym momencie nie jest w stanie skryć ciążącego poczucia pustki, a Liv Tyler daje nam wskazówkę, że nawet w świecie ogarniętym bezsensem tylko walka o CEL, obojętnie jaki by nie był, może motywować do heroicznych czynów i parcia do przodu nie oglądając się na rzeczy obok. Sama książka tłumaczy więcej, mniej tu zagadki a więcej tego dziwnego życia po „zniknięciu”. Ale i proza i serial są godne polecenia, przy czym uważam, że lepiej zacząć od serialu – po obejrzeniu ostatniego odcinka będziecie chcieli więcej, a to właśnie da wam wtedy książka.

Doskonała pozycja na jesień, skłaniająca do refleksji – w jaki sposób Ty zareagowałabyś na zniknięcie bliskiej osoby nie mogąc w żaden, absolutnie żaden sposób tego wyjaśnić?

Przywiązanie

DSCF2054

Znów jest, znów przyszła. Jesień. Jak zwykle, znów będzie bardziej mokro niż sucho, znów chmury będą częstszym widokiem niż słońce, znów ludzie pozamykają się w swoich mieszkaniach przykryci kocem z kubkiem herbaty, znów melancholia będzie krążyła jak sęp gdzieś nad naszymi głowami, znów będzie wymówka, że ktoś smutny jest przez pogodę przecież. A ja w tym roku wyprzedziłem jesień i posmuciłem się zanim się pojawiła.

Skończyłem niedawno 25 lat. Ćwierć wieku proszę pana i proszę pani. Nie powiem o sobie, że jestem stary bo Ci faktycznie starzy parsknęliby tylko pod nosem, ale fakt, że w bardzo dobrym wypadku to już 1/3 życia za mną, kazał się zastanowić nad tym minionym czasem, podsumować sobie wygrane i porażki i wyciągnąć z nich wnioski. To co dodatkowo motywowało by w końcu „zebrać się do kupy” to cały kontekst sytuacyjny – z różnych powodów  nie chodziłem ostatnimi czasy zbytnio uśmiechnięty…

Zanim przyszła jesień, ja uciekłem na chwilę. Odciąłem się od social mediów i wszelkich komunikatorów. Potrzebowałem samotności totalnej, bez możliwości wysyłania mi wiadomości a także bez własnej chęci, do sprawdzania co tam słychać na fejsbuczku. Pewnie nawet telefon bym wyłączył, gdyby nie fakt, że obiecałem jednej osobie, że zawsze odbiorę. Pożałowałem potem, że jednak telefonu nie wyłączyłem. Pierwszy raz od bardzo dawna czas zaczął toczyć się leniwym tempem. Nie ważna była nawet godzina. Wstać, zaparzyć dobrą kawę, narąbać drewna, rozpalić kominek, dać psu jeść, dać sobie jeść, pobiegać, położyć się na chwilę na słońcu, wypić piwo. Tak toczyły się dni, kilka pierwszych tak aby nie myśleć absolutnie o niczym, następne tak aby myśleć tylko o tym co naprawdę powinno być dla mnie ważne.

Najważniejsze zawsze były relacje z drugim człowiekiem. Żyć dobrze z innymi, mieć wiarę w ludzi i w końcu zbudować szczerą relację z fascynującą kobietą. Czy błądziłem przez ostatnie 10 lat stawiając na szczycie swojej hierarchii wartości, wartość taką a nie inną? Przecież przyniosło to tyle smutku i rozżalenia, tyle zawodu i frustracji. Ta wiara w drugiego człowieka i w to, że jest dobry, że intencje ma czyste. Ludzie rozczarowują. I Ty i ja moglibyśmy podać setki przykładów kiedy zaufaliśmy komuś a ten ktoś to wykorzystał. Trudno. Nie zmienimy świata i ludzi, którzy najczęściej wybierają najprostsze rozwiązania. A w życiu łatwiej jest być złym. Nie wymagajmy od ludzi wybierania cięższej drogi. Sami nią pójdźmy.

„Wiesz już czemu nie należy przywiązywać się do ludzi?” – zapytała mnie, kiedy przyjechałem powiedzieć „do zobaczenia”. Nie chciałem się żegnać, nie byłem w stanie tego powiedzieć, mimo, że całym sercem już czułem tą stratę; pół roku walki o coś co Ona skreśliła już na samym początku. Przywiązałem się do tej fantastycznej dziewczyny z Bieszczad – albo do jej iluzji bo nigdy nie powiedziała o co tak naprawdę jej chodziło i nigdy nie pozwoliła mi zobaczyć jaka jest naprawdę. Uciekłem więc od straty, uciekłem od uczucia, które tak mocno biło do Niej a mnie samego krzywdziło. I chociaż zrobiłbym wszystko by cofnąć czas – to tak trzeba było. W niektórych ludzi trzeba wierzyć – ale trzeba też wiedzieć kiedy należy przestać pokładać wiarę.

Paliłem ognisko. Była już późna noc, przyszła mgła, temperatura spadła do listopadowego 3 powyżej zera. Otworzyłem sobie whisky, którego smaku nigdy zbytnio nie lubiłem, otworzyłem żółte Camele, których nuta zawsze była dla mnie smakiem idealnego papierosa. Brązowy płyn szybko rozgrzewał. Chociaż skąd mogę wiedzieć czy było to szybko? Czas odmierzał mi wtedy jedynie papieros za papierosem i księżyc wędrujący po nieboskłonie. I tak zresztą nie był ważny. Wrzuciłem kolejny kawałek buczyny do ogniska patrząc jak szybko obejmuje go płomień i spala się w popiół, w nicość, w niebyt. „Zabawne” – pomyślałem, odnotowując fakt, że roślina rosła kilkadziesiąt lat by stać się wspaniałym drzewem a wystarczyło kilka chwil by przemieniła się w nicość. „Z ludźmi tak samo” – pomyślałem, odpalając kolejnego papierosa, który zniknął jeszcze szybciej niż gruby bukowy pieniek…

Zniknąłem z życia wielu ludzi, wielu zniknęło z mojego. Za niektórymi tęsknię, niektórych opłakuję kiedy nikt nie widzi. Jedyne co mogę zrobić to pamiętać o nich i wszystkich momentach wspólnie przeżytych. Pamiętać o relacjach z ludźmi, które sprawiły, że jestem tym kim jestem.

Trzeba było wracać. Kończyć to uciekanie, ogarnąć się. Temperatura spadła. Tylko dokąd wracać?

Na telefonie wyświetlił mi się niezapisany numer. „Cześć Bartek, 5 lat nie rozmawialiśmy ale…”

I już wiedziałem dokąd.