Pod Górę

Ostatnio głośno jest w małopolskich mediach o Zakopanem. Co prawda, jak to media mają w zwyczaju większość tych informacji ma wydźwięk negatywny – a to znów padł koń wciągający leniwych turystów w japonkach nad Morskie Oko i znów po raz już niewiadomy, który będą debatować nad przyszłością tego transportu, a to znów korki na zakopiance, albo znów morderstwo nastolatka. Mieszkam w Krakowie od dwóch lat i przez ten czas, nie zdarzyło mi się być w Zakopanem w okresie innym niż zima pełna śniegu. Jednak za kilka godzin zaczyna się wakacyjny długi weekend, więc w mojej głowie już kiełkują myśli co w te wolne od pracy dni zrobić. A ponieważ myśli dopiero nabierają wyrazu, wrócę tutaj do tego, jak spędziłem weekend poprzedni – w lato, w wysokich Tatrach.

DSCF2054

Pochodzę z gór, jednak zawsze wypowiadając te słowa śmieję się trochę pod nosem, bo może i Góry Świętokrzyskie są i najstarszymi w Polsce, ale jednocześnie najniższymi i dla wielu osób bardziej kojarzą się z pagórkami niż wysokimi szczytami. Moja Babcia pochodzi jednak z Żywca, więc takiej stricte góralskiej krwi też trochę we mnie płynie. Zawsze lubiłem góry – będąc małym dzieciakiem dość często wędrowałem z babcią bądź rodzicami czy to po Beskidzie Żywieckim czy Tatrach, zarówno wysokich jak i niskich. Z czasem jednak moi rodzice zrobili się zbyt starzy (a może zbyt leniwi?) na takie wyprawy, a ja sam wolałem jeziora mazurskie bądź różne miejsca na świecie położone nad akwenami wodnymi niż coś takiego jak „góry w lecie”. Zimą to zrozumiałe – na nartach średnio jeździ się po niskich wzniesieniach. Ale w lato? Jakoś tak nie wychodziło. I jakoś tak zleciało 10 lat kiedy w żadnych górach nie byłem. Aż do poprzedniego weekendu, gdy pewna dziewczyna z Bieszczad zapytała mnie „jedziemy w Tatry?”. Takich propozycji nie odmawiam, zwłaszcza kiedy samochodem w miejsce docelowe jedzie się raptem 2 godziny.

Nie jestem typem sportowca. W ogóle nie ma sensu abym pisał o swojej aktywności fizycznej bo w zasadzie nie ma o czym pisać (czekam na Ciebie, mój Multisporcie!) Dodatkowo jestem nałogowym palaczem. Jako taka osoba powinienem mieć lekkie obawy w stylu „czy ten szlak nie będzie dla mnie za trudny?” – jednak po całym tygodniu korporacyjnej pracy i robieniu researchów, kolejny i to jeszcze „pod prywatę” nie był niczym zachęcającym. Zresztą chyba to znacie – spakuję się, pojadę, a na miejscu zdecyduję dokładnie. Miałem ten komfort, że towarzyszka, z którą miałem się wspinać pozwoliła mi na dowolność w wybraniu szlaku. Jak to dobrze, że ciągle istnieją na tym świecie kobiety nie przesiąknięte feministycznymi bredniami i pozwalające facetowi na podjęcie od czasu do czasu autorytarnej decyzji. Więc wybrałem, mając na uwadze, że będzie mi towarzyszył ktoś, kto wychował się w górach dużo wyższych niż świętokrzyskie a więc pewnie z dużą wprawą w łażeniu.

Dolina Kościeliska. Tłumy – rodzice z dziećmi, starsi państwo, osoby w klapkach/japonkach, niedzielni biegacze, fasiongi wypełnione turystami. Gdzieś pomiędzy nimi ludzie z kijkami, w trekkingach. Kolejka do wejścia. Jaka kolejka zapytasz, przecież to góry, park narodowy! Okazało się, że wejście do Parku Narodowego jest płatne. Być może zawsze tak było, aczkolwiek byłem trochę zaskoczony, jednak w pełni rozumiem – za coś trzeba utrzymać ten teren. Z ciekawostek – obecnie do biletu za jedyne 50 groszy można dokupić sobie jednodniowe ubezpieczenie NNW z PZU. Cena do przyjęcia dla każdego, a daje jakieś dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że część ubezpieczycieli w swoich polisach wycieczki w góry traktuje jako sport ekstremalny i nie wypłaca odszkodowań. Planuje się aby takie ubezpieczenie było obowiązkowe – i bardzo dobrze, bo lepiej, żeby za akcje TOPRu płaciło PZU/anybody a nie ich biedny budżet…

I pod górę – zaczyna się czerwony szlak. Dla tych, którzy nie wiedzą – kolor szlaku nie oznacza jego trudności – o czym sami się później przekonaliśmy. Zielony szlak może okazać się dużo trudniejszym niż czarny. Polecam zajrzeć tutaj i zapamiętać.

Nagle zrobiło się pusto. I trudno. Pogoda idealna – ani za zimno, ani za gorąco. Świeci słońce. Oddech zaczyna być ciężki, płuca mocno pracują zdobywając z powietrza tlen potrzebny mięśniom a te, jeszcze nie zmęczone, próbują przeć do przodu, kolana wysoko, wspinamy się, tempo dobre. Ekscytacja – idziemy w nieznane. Dookoła morze malin – nikt nie zrywa bo to Park Narodowy. Cisza. Kompletna cisza i świeże powietrze. Mam iść przodem bo nadaję dobre tempo – mówi towarzyszka. „Czyli jednak kondycji nie mam tragicznej” – myślę sobie i automatycznie czuję zadowolenie. Dalej. Wszyscy ludzie jakich mijamy schodzą, a my wchodzimy. „Wybraliście jedno z trudniejszych podejść w Tartach” – mówi starszy Pan wyglądający na doświadczonego zdobywcę szczytów. „Jesteśmy zajebiści Bartosz, taką górę na pierwsze podejście!” – mówi Ona. I faktycznie, perspektywa, że za chwilę będzie jeszcze trudniej mobilizuje dodatkowo. Mały odpoczynek i dalej, poleżymy dopiero na szczycie. Tacy jesteśmy, zajebiści. Po drodze górski potok. Woda krystalicznie czysta i lodowato zimna. Pyszna. Zanurz twarz i idź dalej. Potem szczyt, szybki radler, krótki przekaz na żywo przez Skype i droga w dół innym szlakiem. Kozice Tatrzańskie. Całe stado. Rodzice z młodymi. Przymusowy postój bo za nic nie chcą się ruszyć. W końcu gwizdaniem odgonione i mimo, że to nie wilki, nie niedźwiedzie to stojąc nad skrajem przepaści nawet rogi roślinożercy mogą stanowić spore zagrożenie. W dół wcale nie łatwiej niż pod górę, ale widok rekompensuje wszystko. Duży potok. Las. Schronisko. Oscypek. Już prawie samochód. Powoli zachodzi słońce…

DSCF2110

Człowiek często zatraca się w pędzie dnia codziennego. Pogoń za pieniądzem, zrealizowaniem targetu, zdobyciem podwyżki, wyjściem do najbardziej trendy knajpy; w międzyczasie jeszcze siłownia dla sylwetki – i tak mija, dzień za dniem, a gdzieś po drodze przemijają cuda rzeczywistości, będące tak bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki. Zatracamy się w pogoni za iluzorycznym szczęściem, wpajanym nam do głów przez media i konsumpcyjny model życia. Chcę mieć nowe BMW M3, jasne że tak i nawet wierzę w to, że taki samochód dałby mi wiele radości. Ale nie wiem czy sam ten samochód spowodowałby, że moje życie byłoby szczęśliwsze. I tak jest ze wszystkim, do czego dążymy bo jest dla nas „dobre i fajne” a kiedy już to mamy to nagle okazuje się, że radość była krótka i chcemy znów czegoś więcej. Nie marzyłem o wspinaczce w wysokie góry. Nawet o tym za bardzo nie myślałem. Siadłem w końcu na szczycie, na wysokości 2000 m.n.p.m, otulony promieniami popołudniowego słońca, zapierającymi dech w piersiach widokami i zapachem fascynującej mnie kobiety – i wtedy poczułem to za czym wszyscy tak bardzo pędzimy, nie wiedząc jak i dokąd. Szczęście. Czystą radość z ulotnej chwili. Odrobinę sensu w popieprzonym świecie. Poczucie spełnienia, którego dawno nie czułem.

DSCF2084

Większość z nas ciągle ma „pod górę”. Miłość, praca, nauka. Ciągle do przodu a szczytu nie widać. „Tyle jeszcze przede mną” – myślimy, zapominając ile już jest za nami. Stań na chwilę. Spójrz „z góry” za siebie i uświadom sobie jak wysoko już jesteś. Mój „Mount Everest” jest tak wysoko, skryty za mgłą, że nawet go nie widzę. Ale widzę ile już przeszedłem i jak długa to była droga. Nie wiem ile jeszcze trudnych podejść przede mną, i czy w jakimkolwiek momencie będzie „z górki”. Ale skoro doszedłem tu gdzie jestem – to znaczy, że mogę dojść jeszcze dalej. I mam na to siłę. Bo szczęście nie jest tam na górze – jest zaraz obok, jeśli tylko pozwolisz samemu sobie zatrzymać się na chwilę i dostrzec małe cuda, które są blisko, na wyciągnięcie ręki.

DSCF2068

Finałowo

10419620_10204451509830669_6621397807261360795_n

W chwili gdy piszę te słowa w najlepsze trwa trzeci, ostatni festiwalowy dzień. Pora na trochę więcej słów o tegorocznym Woodstocku.

Organizatorzy podają, że uczestników jest już ponad 500.000 – bramy wjazdowe były zamknięte już od wtorku i od tamtego dnia już widać było duże obłożenie. I mimo iż wrażenie, że festiwal się rozlazł i zajmuje każdą możliwą przestrzeń w naprawdę sporej okolicy – to nie czuć jakoś szczególnie w tym roku tego tłumu. A może to właśnie dlatego, że wszystko się tak rozjechało? Piwo jest w trzech miejscach, bankomatów dużo więcej, pasaż handlowy poszerzono zostawiając więcej miejsca na przejście. Nawet toi-toi jest więcej i trafiają się w miejscach gdzie – nie przypuszczałbyś. Sporo gastronomii, która tradycyjnie jest tak obrzydliwa, że nie ma najmniejszego sensu się jej tykać co zresztą widać bo tam akurat, kolejek dużych nie ma. Lidl jak zawsze pełen ludzi, nie ma chyba dobrej godziny aby iść tam i nie czekać zanim się wejdzie dobrych kilkunastu jeśli nie kilkudziesięciu minut.

Fajnie, że mała scena przeniosła się na dół. Góra została zagarnięta w całości przez ASP i organizacje co tworzy pozytywny klimat warsztatowo-rekreacyjno-relaksacyjny. Na dole jest piekło, na górze całkiem przyjemna strefa spokoju. Tak jak nie lubię Greenpeace’u tak ich instalacja fotowoltaniczna do ładowania telefonów na górce ASP robi wrażenie. Szczególnie nie przyglądałem się wszystkim NGO’som tam wyłożonym, ale śmiało można powiedzieć, że jest ich dużo dużo więcej niż rok temu.

Na dole wrażenie robi diabelski młyn od Allegro. Będzie to na pewno znak rozpoznawalny 20 Edycji Festiwalu na wszystkich zdjęciach panoramicznych, bo stojąc obok sceny tworzy bardzo ładną scenerię.

Boleję trochę, że w tym roku jestem na PW tak późno. I tak słabo zorganizowany. Bez narzędzi i bez planu nie udało nam się zbudować konkretnego obozu jak miało to miejsce w poprzednich latach, ale wylądowaliśmy na całkiem przyjemnym zadupiu daleko za namiotami kryszny. Wielka łąka zamieniła się w pole namiotowe, zapełnione w dużej mierze obcokrajowcami. Żółta wielka flaga POZNAŃ przy wjeździe – to ta polana. Można nawet powiedzieć, że dorobiliśmy się sceny alternatywnej granej wprost ze starego ale nagłośnionego konkretnie Forda Transita. Jako, że odgłosy sceny są już u nas przytłumione, kierowca robi nam za dj-a. Co w przypadku kiedy o 3 nad ranem leci figo-fagot prowadzi do gróźb wybicia szyb, aczkolwiek za słowem jak na razie nie idą czyny.

Koncerty? Kolejny z wielkiego rodu Marleyów, wcześniej mi nie znany Ki-Mani szału nie zrobił. Ot, pobujał w rytmie reggae ale bez większego szału. Kapela ze Wsi Warszawa – miało rozbujać parkiet późno w nocy, ale coś chyba poszło nie tak. Mimo bliskości sceny chyba zmęczenie wzięło górę. Wielkie nadzieje wiąże z dzisiejszą Mariką i Spokoarmią. To powinno być miłe. Pomijając główną scenę – ta rozstawiona w wiosce piwnej, grająca pomieszanie elektro z trapem i ogólnie szerokopojętymi bangerami naprawdę robi robotę. Czasem nawet lepszą…

Pogoda dopisuje. I ciągle gdzieś wędrując pojawia się znajoma a dawno nie widziana twarz. Tylko tutaj.

 

 

Woodstock2014 – The Beginning

DSCF1839male

Jak co roku, powróciłem na chwilę do Kostrzyna nad Odrą. Wszystko, się w życiu zmienia, ten punkt na wakacyjnej mapie pozostaje obowiązkowy. Woodstock zaczął się wczoraj, dzisiaj pierwsza relacja, i bardziej dotycząca samej kwestii organizacyjnej tegorocznego festiwalu, niż zachwytów nad kapelami, bo na to jeszcze przyjdzie czas i „to trzeba przeżyć” jak to się zwykło mówić.

Pierwsze przed czym chciałbym przestrzec wszystkich tych, którzy wybierają się na Woodstock z południowych krańców Polski i dziwnym trafem GPS pokieruje was „najszybszą drogą przez Niemcy”. Jako, że w tym roku wybrałem się w trasę dopiero w środę późnym popołudniem, nasza trasa przebiegała w godzinach nocnych. Czemu więc nie dojechać A4 a potem A18 do samej granicy i potem śmignąć do Kostrzyna rewelacyjnymi niemieckimi drogami? Bo te drogi, może i są niemieckie, ale nie są fantastyczne, powiedziałbym wręcz, że są niesamowicie hujowe.

Więc tak, jesteśmy w Niemczech w środku nocy i GPS nam zwariował, droga, którą mieliśmy jechać z asfaltowej przerodziła się w zwykłą szutrową drogę leśną i JEDŹ PAN. No, jakoś wyjechaliśmy. Natomiast asfalt wcale nie lepszy – nie wiem czy Niemcy mają tak w zwyczaju, czy może hajsu brakuje na utrzymanie dróg lokalnych ale o czymś takim jak wymalowane farbą odblaskową pasów na jezdni to już za dużo… Do tego wioseczki, wszędzie zwolnienie do 50 kmph, jakieś dziwne meandry. Ahh, zatęskniło się za przejazdem w okolicach Jezusa ze Świebodzina.

Kiedy wtoczyliśmy się już na pole namiotowe, po słownej utarczce z ekipami porządkowymi „niema wjazdówki? to niema wjazdu! odbierzecie jutro!” wizja koczowania przy drodze, i późniejsze szukanie miejsca w pełnym słońcu nie wydało nam się atrakcyjne. Korzystając z rady dobrych kolegów, stwierdziliśmy, że spróbujemy przejechać przez las. Pomyliła nam sie co prawda droga dla crossów z droga dla samochodów ale… No właśnie, próbowaliście kiedyś pokonać las dużym 7 osobowym vanem z napędem na przód i łysymi oponami? Nie próbujcie…

Po 3 godzinach w końcu znaleźliśmy nasz przejazd i nasze miejsce. Udało się, chociaż chwil zwątpienia zaliczyliśmy kilka…

Woodstock jest w tym roku większy, zresztą z roku na rok straszliwie się rozrasta. Mała scena znów stoi na dole, na górę całą przeznaczono na ASP. Good move. Jest więcej bankomatów, większa strefa kąpieli, znów Lidl. Allegro wybudowało Diabelski Młyn obok sceny – pięknie to wyglada na panoramkach. Ludzi w ciul. Biuro Prasowe pracuje od początku lepiej niż rok temu, muszę przyznać, że same plusy.

Dzisiaj dzień eksploracji – przeglądania wydarzeń od rana, rozmów z ludźmi, przeżyć. Czy będzie o czym napisać? Na pewno. A czy ciekawie? Dowiecie się jutro ;)

Nadczłowiek

transcendence-1920x

Idea stworzenia z człowieka czegoś lepszego, nadczłowieka, towarzyszyła ludzkości w wiekszym lub mniejszym stopniu przez wszystkie wieki naszego bytowania na planecie Ziemi. Szamani próbowali osiągnąć to poprzez kontakty z duchami w trakcie halucynogennych sesji, naziści poprzez tępienie innych narodów, totalizację życia obywateli i kilka innych ciekawych zabiegów. W międzyczasie odkryliśmy genetykę, bioinżynierię, Internet, ogólnie rzecz biorąc zaawansowaną technologię. Od wielu lat prowadzone są badania nad zbudowaniem prawdziwego A.I. (sztucznej inteligencji) – ale nawet najmocniejsze sieci neutronowe są w stanie imitować tylko marny wycinek naszego mózgu. Z drugiej strony miliardy dolarów wydawanych na badania DNA i replikacji genowej, nanotechnologie, komputery kwantowe. I dalej stoimy w miejscu jako człowiek – istota, która biologicznie i ewolucyjnie wydaje się stać w miejscu.

Wydaje się, że na tym etapie człowiek nie będzie w stanie drastycznie zmienić świata. Ograniczają nas nasze biologiczne ciała i długość (czy raczej krótkość) życia. Koncepcja przeniesienia umysłu człowieka do komputera, pamięci nieorganicznej fascynuje wielu naukowców i setki tysięcy osób. To już nie czysta fantastyka, to już nie jedynie cyber-punk z kart anime czy gier rpg ale nowy nurt w nauce – transhumanizm. W Rosji projekt Rosja 2020 finansowany jest przez Kreml – w założeniu tej inicjatywy jest stworzenie nadczłowieka do roku 2020. A potem – potem podróże do gwiazd.

W tym klimacie powstał film Transcendence rozszerzający trochę tą koncepcję. Gdy pierwszy raz zobaczyłem zwiastun od razu poczułem się zaintrygowany – czy to naprawdę możliwe jest tylko w filmie? A co jeśli nie?

Nie mogę obiektywnie ocenić tego filmu. Raz, że bardzo cenię sobie Deepa, dwa filmy sci-fi i o podobnej tematyce zawsze oglądam od początku do końca bez przewijania (co często mi się zdarza – Łucja, coś od Ciebie przejąłem). W Transcendence naukowcy chcą stworzyć sztuczny umysł, który pomoże uleczyć świat ze wszystkich jego bolączek – głodu, chorób, śmierci. Coś jednak wymyka się spod kontroli, zamiast AI mamy umysł geniusza przetransferowany do komputera. Czyli dokładnie to nad czym obecnie pracują już naukowcy w świecie rzeczywistym. Film stawia odważną tezę, że taki eksperyment to zagrożenie. Że to już nie ewolucja człowieka ale jego anihilacja. Czy faktycznie?

Przyzwyczailiśmy się do NAS. Lubimy siebie jako istotny stworzone takimi jakie są. Ze wszystkimi ułomnościami naszego ciała. To wszystko jest takie normalne – najpierw młodzi żyjemy burzliwie, zdobywamy świat, chorujemy i „umieramy” na gorączkę w łóżku przykryci kilkoma kocami z kubkiem herbaty, męczymy się na siłowni by być fit, spoceni kochamy się w namiocie gdzieś na biwaku, płaczemy, śmiejemy się; potem starzejemy i będąc już spełnionymi umieramy. To czyni nas ludźmi – że nie jesteśmy idealni, że tak masz te 4 kilogramy na brzuchu za dużo ale i tak szaleję za Tobą, że nie rozumiemy wszystkiego, że nie wiemy co jest dalej i co nas czeka. I takich ludzi kochamy, takich samych jak my, ułomnych gdzieś w jakimś fragmencie siebie, a nie idealne wydmuszki – które i tak nie istnieją nigdzie indziej poza kreacjami domów mediowych i maskami, którymi zasłaniamy prawdziwych siebie.

Być może nieograniczony niczym umysł, czerpiący swoją wiedzę z nieograniczonych zasobów elektronicznej wiedzy w sieci faktycznie uleczyłby ziemię. Może zniknęłyby wszystkie choroby i nikt nie cierpiał by głodu. Świat byłby niczym biblijny raj. Tylko nie byłoby już całej idei człowieczeństwa, bo nie byłoby już tak naprawdę człowieka.

W filmie, który tu wspominam najbardziej widoczne jest to przez pryzmat najmocniejszego uczucia, które towarzyszy ludziom od zarania dziejów – miłości. Nie chcę Cię stracić, nie mogę Cię stracić, nie stracę Cię – myśli główna bohaterka, która kochając mężczyznę nie wyobraża sobie jego straty. I ma go. I jest on z nią – jako wirtualny hologram na ekranie jednego z tysięcy monitorów. I mimo, że próbuje się się oszukiwać, to z każdą minutą filmu widzimy, że i ona zaczyna sobie zdawać sprawę, że to już nie jest to, co tak bardzo starała się uratować. Jeśli kiedykolwiek ukochany Cię opuścił, bo wyjechał w delegację, na erasmusa, gdziekolwiek co sprawiło, że nie było go fizycznie przy Tobie i kontakt ograniczał się do komunikatorów i videorozmów to doskonale wiesz, że mówiąc kolokwialnie THIS SHIT SUCKS. A teraz wyobraź sobie całą resztę takiego życia. Ile wytrzymasz? Kiedy potrzeba przytulenia sprawi, że powiesz „nie mogę tak dłużej!”? Oczywiście są różne wymiary miłości – ale true love to też fizyczna bliskość człowieka z człowiekiem. Żadna maszyna, żaden komputer tego nie zastąpi.

Mogę sobie wyobrażać przyszły świat, marzyć o wszczepce z mózgu z dostępem do Internetu rodem z „Czarnych Oceanów” Jacka Dukaja, ale gdzieś na dnie duszy wiem, że chyba nie odnalazłbym się w takim świecie. Nie potrafię zredukować uczuć takich jak radość, smutek, miłość do impulsów elektrycznych.

Czy naprawdę potrzebny nam taki Nadczłowiek? I czy Ty chciałbyś nim być?

Journey

„Jeśli ktoś może zupełnie zniszczyć mężczyźnie wieczór – to będzie to kobieta” – Paulo Coehlo…

…prawdopodobnie nigdy tak nie powiedział. Ten mem się przejadł, przepraszam, jednak sytuacja zepsutego wieczoru jest jak najbardziej prawdziwa. Coehlo powinien tak powiedzieć i kropka. Po naprawdę świetnym weekendzie, wieczór już już przychylał się ku zagładzie, bo ktoś pomyślał „okej, będę w końcu szczera”. Nie wiem czy tak pomyślała, pewnie nie, fakt faktem wkurwiłem się. To oznaczało tylko jedno – zadzwonić gdzieś (halo, głucho, halo, głucho) albo pojechać gdzieś. Pojechałem.

Dzisiaj do Tesco najpierw. Przedwczoraj do Mszany Dolnej. Naprawdę nie wiem co mnie podkusiło być tamtej nocy w takim miejscu jak ta Mszana (małopolska to nie moje rejony, żeby znać każde zadupie) miała być góra i punkt widokowy na Kraków była stacja narciarka w środku lata i widok na górę piechotą 2 godziny. Godzina 24. Nope. Chciałem sprawdzić jak prowadzi się Corseusz po wymianie wahacza – no cóż, to chyba nie był dobry mechanik… Dzisiaj w każdym razie do sklepu – o tak, nic nie koi nerwów tak jak zakupy. Szorty w kwiaty, pan bogaty. Śliczne. Podróż przez sklep jest bardzo miła, o 23 jest już mało ludzi, jednak co to za centrala Tesco na Polskę. Wszystko jest, łącznie z gwiazdkami Milky Waya, ale nie to co potrzeba. Jeździ człowiek jak głupi tym wózkiem i sosu Reagge Reagge nie ma. Półka do łazienki – nie ma. Na osłodę był Leffe Blonde w cenie całkiem akceptowalnej, który był zresztą celem tej podróży. Przypomniała mi się Belgia gdzie lew i nie tylko, lał się gęsto… Kto był w Brukseli w Delirium Cafe wie o czym mówię.

Zajrzałem na Szeroką. FKŻ już się skończył, szalom baj baj widzimy się za rok; odwiedzić chciałem hotelik. Nie zmieniło się oprócz ziomeczka pracującego bardzo ciężko (ha.ha.), którego nie dane mi było poznać, jak i rebrandingu Bombaju. Tak się zrobiło oh, warszawsko.

Wracamy, zajrzeć jeszcze w jedno miejsce, powiem szczerze, wiedziałem gdzie jestem aż tu nagle pach bach, nie wiem gdzie jadę ale jadę, co to jest za ulica… Teoretycznie blisko, jak się okazało daleko. Kraków samochodem bez włączonej nawigacji to jeszcze lekka zagadka… Przystanek, stoi niewiasta. Jako człowiek kulturalny, gdy ktoś łapie stopa zatrzymuję pojazd. Kto by nie pomógł dziewczynie na tym zadupiu w którym aktualnie się znalazłem o godzinie grubo po północy? Pani była trochę hippie ale tak true, nie na modłę dzisiejszych nastolatek. I taka jakaś… Mocno mocno zagubiona. Nawiązał się dialog, który zredefiniował wieczór w sposób kompletny:

[CZZ] dokąd zmierzasz?
[LADY] może dworzec na przykład
[CZZ] może?
[LADY] no bo tu miał jechać… i mi chyba odjechał?
[CZZ] podrzucić Cię gdzieś?
[LADY] nie wiem…
[CZZ] Rondo Matecznego?
[LADY] wiesz co ja nie stąd z Trzebinii
- wsiada, ma wyjebane gdzie jedziemy. Zatrzymuję samochód w ciemnej uliczce, żeby nastawić nawigację. Dalej ma wyjebane, nawi ustawione, jedziemy -
[CZZ] Co tu robisz o tej godzinie?
- zastanawia się dłuższą chwilę patrząc w okno zamglonym wzrokiem i kręcąc powoli włosami -
[LADY] Na filmie byłam… biograficznym nieważne…
[CZZ] Kwas?
[LADY] Nawet chciałam dzwonić po policję… ale z takimi rzeczami…

Podróże małe i duże. Różnica jedynie w środku transportu. Ja przejechałem dziś 150km – i nie wiem czy była to podróż na miarę słowa będącego tytułem tego wpisu. Lady Hippie nie musiała się przemieszczać by być swoim umysłem w stanie ciekawej wycieczki.

I gdyby nie właśnie wypity Leffe to pewnie trochę bym jej zazdrościł.